Fantasy z Morrigan w tle.

Blog o ciekawostkach historycznych, świecie "Królewskich Psów", różnicach kulturowych, rewolucjach w ludzkim umyśle wywołanych zmianami na świecie i innych sprawach wybieranych dlatego, że mnie zaciekawiły.

wtorek, 31 maja 2011

Lista recenzji

Na stronie Wydawnictwa Comm redakcja wykonała mrówczą robotę i zestawiła listę recenzji za ostatni okres.
Nic tylko podziękować, a zatem Dziękuję :-)

Młodość według Pani Morrigan



Zauważyłem własnie, że w recenzjach zazwyczaj jestem określany jako młody autor.
Rzecz o tyle ciekawa, że mam czterdzieści lat a i nie wyglądam na młodzieńca. Licząc liczbę opublikowanych książek - faktycznie, jest to dopiero początek życia... ale wcześniej robiłem trochę innych rzeczy i zdążyłem osiwieć w zauważalny sposób.
A zatem może w porównaniu z innymi autorami?
Cóż, Patryk Garkowski ma lat 14. Na Wielkiej Ziemi byłbym jego dziadkiem a u nas różnica jest nieco więcej niż pokoleniowa, skoro moja rówieśniczka-kuzynka ma synów przeszło dwudziestoletnich.
Ze źródła młodości nie piłem, w czasie nie podróżuję, jestem siwy a w moich zmarszczkach można zasadzić kartofle.
Nie odkryję w żadem sposób tajemnicy młodosci, szkoda na to czasu.
Lepiej polatam modelem RC albo pojeżdę na rolkach.

Po namysle napisało mi się takie cosik:
Wiers o uplywie casu i zębów ze scęki

poniedziałek, 30 maja 2011

Creatio Fantastica i dyskusja o Królewskich Psach



Creatio Fantastica zamiesciło dwugłos recenzji: pozytywną i odswieżająco krytyczną.

Cóż, w krytycznej dostało mi się za kilka rzeczy, więc wyjasnię po kolei "co autor miał na myśli"...

1. Moje związki z Robertem Wegnerem są ciekawym tematem do owocnego badania a wpływologia to taka specyficzna dyscyplina, która czasem udowadnia, że istnieje pewny dowód na ścisłe kontakty między Majami i Egipcjanami: jedni i drudzy potrafili usypać duże kamienie w piramidy.

Niestety nie czytałem nic Roberta Wegnera. Moja strata, nadrobię to, obiecuję... ale niczego w związku z tym w "Królewskich Psach" nie zmienię, bo wbrew pozorom - to kompletny świat, tylko jeszcze nie wszystko o nim napisałem.
A poza tym wszystkie opowieści ze zbiorku powstały przed rokiem 2003 - z powodów rodzinnych na kilka lat przerwałem przygodę z pisaniem.
"Morrigan" i "Jeszcze raz Morrigan" wyszły w Science-Fiction w 2001 roku; z tym, że wymyślone zostały o wiele wcześniej. Mało prawdopodobne, żebym Robertem Wegnerem się inspirował, skoro debiutowałem rok czy dwa lata przed nim. A czy było odwrotnie, to wie tylko p. Robert. Pewne jest jednak, że nie znał świata Wielkiej Ziemi - bo akurat ta historia nie została nigdzie wcześniej pokazana. Co wymyślił - wymyślił na własny rachunek. No, może z niewielką pomocą faktu, że na ziemi istnieją Mongołowie...
Mój świat i jego świat powstały niezależnie od siebie, ale wywodzą się ze wspólnego źródła: historii cywilizacji istniejących w świecie realnym. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ani on ani ja nie wymyśliliśmy zasad życia i walki na stepach Azji czy w Afryce Pn. Niejaki Mahomet twierdzi, że przed nami zrobił to Allach. Są liczni zwolennicy tej tezy...

Prawdę powiedziawszy czytam niewiele fantasy - częściej sięgam po historię.
Autor, który chce wykreować coś bogatego, nie musi sięgać po cudze fantasy, skoro ma źródła historyczne i archeologów. Prawdziwa historia bywa znacznie bardziej inspirująca: są kroniki japońskie i chińskie, Tajna Historia Mongołów, autentyczne arabskie i tureckie poematy - wszystko dostępne w księgarniach i antykwariatach po polsku.
Są też zwykłe zasady komponowania opowieści, podpowiadające, jak pisać, żeby osiągać pożądany efekt - a ja, trzeba trafu, studiowałem je od dzieciństwa najpierw sam (jako nałogowy czytelnik) a potem u bardzo wymagających profesorów.

Życiowe meandry Rhouda-an zacząłem układać mniej więcej w epoce zabaw żołnierzykami, pod wpływem filmowych adaptacji Odysei i japońskiego kina historycznego z Tatsuyą Nakadai i Toshiro Mifune - tyle, że musiałem dorosnąć, żeby te zabawy przerobić na prozę. Stąd dla rodziców przestroga: nie zabierajcie dzieciom klocków i żołnierzyków. One wiedzą co robić.

2. Związki między moimi bohaterami czy historiami mogą się wydawać luźne. Ale są wbrew pozorom dosyć mocne... co w kolejnych historiach się okaże. Na przykład Hubercik z Brodzidołków jest wnukiem Kelleta van Tretnau... i uczniem-wychowankiem jednego z rycerzy z batalii Królewskich Psów... Po prostu jeszcze nie wszystko napisałem :-). Trzeba cierpliwie poczekać.

3. Kwestia imion i narodowości zasługuje na szersze omówienie - tu powiem tylko, że w Krakowie w czasach Kazimierza Wielkiego przeważały imiona niemieckie i czeskie, które najczęściej nosili wierni poddani polskiego króla: Niemcy, Polacy, Czesi, Wołosi, Rusini... wspierający go dzielnie w walkach z poddanymi innych władców: Niemcami, Polakami, Czechami, Rusinami, Wołochami... a tego typu sytuacja w Europie stanowiła normę, gdyż wówczas o życiu decydowali władcy stojący na czele armii a nie narody.

Migracje ludności i mozaiki etniczne średniowiecza to temat piękny i ciekawy, a przy tym niezwykle inspirujący. Zainteresowanych odsyłam do "Imienia Róży" a dokładniej: do losów Salvatora...
Ostatecznie, ja nie piszę doktoratu z socjologii średniowiecza, tylko fantasy. I na własny rachunek błąkam się po strzępach wiedzy, jaka nam wszystkim została.




4. Magia... magia magii jest potężniejsza niż sama magia - tyle cudów, ile zobaczyli ludzie żądni rozrywki, nie stworzył nawet Merlin. A jednocześnie w autentycznych tekstach nigdy magowie nie występują jako władcy - jedynie jako doradcy królów. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć, dlaczego nie zasiedli na tronach...
Ja to wyjaśnie tak: taka młodziutka Alicja robi cuda. Ale tylko kilka i w sposób daleki od perfekcji. A umiejętność naprawienia komus uszkodzonego ciała nie jest najlepszą ochroną ani przed mieczem ani przed szubienicą. O militarnych walorach magii przekonał się niejaki Clovis w "Róży i mieczu" konfrontując się z dosyć sprawnym rycerzem.
A każdy, kto uważa, że leczenie jest działalnością bezpieczną czy też dającą władzę - powinien sprawdzić, dlaczego w XXI wieku w pewnym państwie europejskim dr Garlicki stał się "gwiazdą" sensacyjnego materiału telewizyjnego. Miał szczęście: 300 lat wcześniej skończyłby na stosie.
Po prostu moje czarownice żyją w świecie, w którym nawet o pośmiertnej rehabilitacji trudno marzyć.
Alicja należy do elity zawodowej: uczyła się w szkole i umie czytać, a nawet posiada kilka książek. Takich jak ona w Królestwie jest mniej więcej 30 na kilka milionów mieszkańców. Czy to daje władzę? Czy magia w ogóle potrzebna jest do kierowania ludźmi?
Pozostałe wiedźmy z Królestwa muszą zadowolić się tym, co natura dała. Ale Matka-Natura nie daje gruntownego wykształcenia zawodowego a władanie nadludzkimi siłami ma swoje koszty. O niektórych Alicja wspomniała Hubertowi...

A ja nie będę tak od razu zamieszczał kompendium wiedzy na temat mojej koncepcji magii. Niech wymagający czytelnik też ma swoją zabawę...

niedziela, 29 maja 2011

Nowa recenzja...


pinxit Mariusz Lacedemon Kozik

Recenzja Pitera - bardzo pochlebna.
Ostatnio piszę tylko o recenzjach, niestety nie mam chwilowo czasu, żeby się rozpisywać o innych sprawach, tym razem jednak dwa słowa szybciutko skrobnę.

Zawsze denerwowało mnie patrzenie na literaturę poprzez gatunki. Literatura jako sztuka opowiadania dzieli się na ciekawą i kiepską, przy czym 3/4 osądu należy do każdego czytelnika indywidualnie. Sa oczywiście pewne uniwersalne kryteria ocen, jednakże jest też indywidualny gust: najważniejsza rzecz w tym wypadku. Niestety albo "stety".
Oczywiście istnieją gatunki literackie i porządkowanie opowieści według niech jest bardzo pożyteczne. Ale żadna powieść obyczajowa nie stanie się lepsza czy też gorsza od, powiedzmy, westernu, tylko z racji przynależnosci do gatunku.
Z tego samego powodu nic nie zabrania używania osiągnięć jednego gatunku w innym - nic prócz zawodowych umiejętności autora...
"Crimen" Hena jest ciekawym kryminałem, dobrą powieścią historyczną ale też ciekawą przypowieścią obyczajową.
"Na południe od Brazos" to western, zbiór przypowieści niemalże biblijnych, epopeja, powieść drogi ale też znakomita analiza relacji międzyludzkich.

Daleko mi do McMurtry'ego - to jednak nie jest powód, żebym nie korzystał z tej formuły. "Królewskie Psy" nie są wyłącznie cyklem fantasy, a może nawet są w nim w niewielkim stopniu.
Po prostu dla mnie najważniejsze jest opowiadanie o starciach ludzi a tworzenie fantastycznch światów to narzędzie.
Dowolnosć oferowana przez tematykę "magii i miecza" to przede wszystkim okazja, żeby stawiać bohaterów w niezliczonych sytuacjach, w których muszą się sprawdzić.


pinxit Mariusz Lacedemon Kozik

Jakby nie patrzeć na nasze życie - najtrudniejsze bitwy i tak rozgrywa się w głowie - miecz, karabin czy komputer to tylko zabawki.
Z tego powodu najważniejszym tematem "Królewskich Psów" jest decyzja.

sobota, 28 maja 2011

I znowu recenzja, tym razem w miesięczniku Qfant

Recenzja, w której ktoś docenił Raffika-an. Co mi sprawiło dużą przyjemność, bo lubię tego bohatera.
Powiem tyle, że w planach mam historię o tym, co wypchnęło Raffika-an na wycieczkę do Królestwa, w której wrócił z dzieckiem. Będzie smutna.

piątek, 27 maja 2011

Morriganologia czyli temat dla naukowca



Ostatnia Recenzja dała mi do myslenia, jesli idzie o przygodę Alicji i Huberta.
Pisze pani Szymborska
"Czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już widziałam podobne zabiegi i owszem – po chwili zastanowienia przypomniałam sobie, z czym kojarzy mi się to opowiadanie. Mnóstwo jemu podobnych można znaleźć w Internecie. Aż roi się w nim od wesołych, błyskotliwych historyjek o wcale-nie-dzielnych-rycerzach i nieudolnych wiedźmach z ambicjami, konstruujących urządzenia wyprzedzające własną epokę w ramach mistyfikacji, mającej na celu ukrycie ich braku kompetencji w dziedzinie magii. "

Opowiadanie po raz pierwszy zostało opublikowane w Science-Fiction w roku 2000. Podobało się, ówczesny Naczelny twierdził, że w rankingach popularnosci plasowało się na pierwszych miejscach lub gdzies w okolicy. Było nawet kilka takich listów, których autorzy podejrzewali, że POL to tymczasowy pseudonim Sapkowskiego, który testuje nowych bohaterów...
Od tamtej pory minęło dziesięć lat...
Jeżeli teraz roi się w sieci od opowiadań podobnych, a wtedy takich nie było... to przyszła mi do głowy okropnie smieszna i nieskromna idea: czyżbym wtedy zainspirował ludzi?

czwartek, 26 maja 2011

Efantastyka - recenzja




Recenzja całkowicie różna od poprzedniej... No i dostałem po uszach... za kilka rzeczy. Cóż, "Królewskie Psy" to zbiór opowieści obejmujący kilkadziesiąt lat akcji. Niektórych bohaterów wprowadzam sobie tak, innych inaczej, są tacy, którzy posłużą na jeden raz, inni, jak Alicja i Hubert - będą "używani" częsciej. Ja na przykład już wiem, kiedy i jak umrą poszczególni bohaterowie, co ich w życiu spotka... Czytelnik będzie się tego dowiadywał powoli, w zaplanowanym już tempie - stąd może się wydawać, że to czy inne opowiadanie odróżnia się od reszty. Ale tak szczerze: czy nasze własne życie składa się z elementów idealnie harmonizujących?
Również to, co wydaje się niekonsekwencją językową, jest w jakiś sposób przemyślane... ale o tym w kolejnych opowieściach...
W każdym razie dostałem od Recenzentki wskazówki, co powinienem wyjaśnić w kolejnym zbiorku... i jestem Jej wdzięczny :-)

środa, 25 maja 2011

piątek, 20 maja 2011

O sztuce wędrowania po wątkach...



Literatura składa się z opowieści już przez kogoś opowiedzianych - nie da się ukryć, że dość trudno wymyślić historię całkiem nową.
Z drugiej strony - w opowiadaniu liczy się to, JAK się opowiada, bo metoda bardzo często odkrywa nam nowy punkt widzenia... i całkiem nowe interpretacje.
Pierwowzorem opowieści o dojrzewaniu jest kilka historii biblijnych, literaturę heroiczną chętnie wywodzi się z "Iliady" - a przecież łatwo zauważyć różnicę między "Iliadą" czy "Eneidą", chociaż "Eneida" była bardzo wyraźnie wzorowana na historii Homera. Cóż dopiero, jeśli porównamy "Iliadę" i przygody Conana barbarzyńcy... Temat niby ten sam: zmagania osiłków w zbrojach... a ze sposobu opowiadania, zainteresowań opowiadacza i skali jego wyobraźni wynika trochę różnic.

I nie można z czystym sumieniem powiedzieć, że Conan niczego nie wniósł do kultury światowej, bo czegoś jednak nas nauczył.

Podobnie ma się rzecz z "Odyseją" - upraszczając sprawę: to historia dwóch wędrówek: ojca i syna, którzy spotykają się w końcu, by uporządkować swój świat. W trakcie ich wędrówki wiele się dzieje i obaj się uczą. Każdy z nich jednak uczy się czegoś innego - i byłoby tak nawet, gdyby odbyli dokładnie takie same podróże: są przecież różnymi ludźmi.



Podobną podróżą jest poszukiwanie Świętego Graala. Nawet jeśli autor opowieści chciał pokazać, że tylko jedna droga prowadzi do celu, to jednak wszyscy bohaterowie, którzy zabłądzili na manowcach - coś z tej podróży wynieśli, a każdy epizod tej opowieści sam w sobie jest fascynującą miniaturą literacką.



Od czasu Homera calkiem sporo ludzie zechciało opowiedzieć od nowa o podróży, która zmienia ludzi i kończy coś w ich życiu. W ten sposób powstał całkiem spory zbiór metod urozmaicania takiej opowieści - zestaw doświadczeń, z którego żal nie skorzystać...

Skorzystałem. Tak powstało "Imię ojca".

czwartek, 19 maja 2011

Dlaczego te wszystkie teksty są takie mętne?



Ludziom dzielnym i wytrwałym, którzy zechcieli przebrnąć przez wpisy tutaj - dziękuję z całego serca. Wiem, że nie było łatwo.
Przy okazji: czas odpowiedzieć na dwa istotne pytania, które do mnie dotarły:
1. Czy jestem takim narcyzem, na jakiego wyglądam we własnych wpisach?
2. O czym ja w ogóle tu piszę?

Pytanie pierwsze należy do tych pytań, na które każdy musi sam odpowiedzieć. No bo jak powiem, że uważam się za wcielenie skromności, to kto mi uwierzy?

Pytanie drugie nie da się tak łatwo opędzić.
"Królewskie Psy" są światem wymyślanym przez ładne parę lat po to, żebym miał okazję do logicznego i spójnego opowiedzenia historii, które mi chodzą po głowie.
Niestety tak już jest z wymyślaniem świata fantasy, że składa się na niego wiele elementów.
Jeśli chce się pisać o podróży - trzeba wymyślić przestrzeń, do pisania o duchach trzeba wymyślić jakąś demonologię, chociażby najprymitywniejszą... a jak się chce pisać o pomieszaniu tych wszystkich spraw - to jest do wymyślenia o wiele więcej...

Zasadniczy problem z pisaniem o tajemnicy polega na tym, że tajemnica to przede wszystkim problem odpowiedzi i pytań. A pisanie o poznaniu zawsze jest mętne...

Podobnie rzecz się ma z pisaniem o przeznaczeniu - każdy wie, co to jest... ale jakoś mało ludzi zastanawia się nad pułapkami, jakie kryją się za tym pojęciem.

A najprostsze pod słońcem układy damsko-męskie czy rodzinne? Jeżeli uważamy, że to są sprawy oczywiste - dlaczego tak niewiele jest na świecie normalnych kochających się rodzin, skąd pochodzi powiedzenie "z rodziną dobrze się wychodzi na zdjęciu"?

Pytania, na które wszyscy znamy oczywistą odpowiedź - zazwyczaj wcale nie są proste.
Ale nasz bezpieczny światek pozwala uniknąć zastanawiania się nad tą kwestią... i nic się nie stanie. W naszym świecie można bezpiecznie obrazić się na idiotę, który nam takie pytania zadaje...

"Królewskie Psy" to świat wymyślony po to, żeby coś się działo, jeśli na proste pytanie padnie nie dość dobra odpowiedź...
A ten blog jest miejscem zabawy z takimi pytaniami, zanim wrócą w postaci opowiadania...

środa, 18 maja 2011

Honor rycerza



Ramon Llull - kataloński uczony, filozof, mistyk, wynalazca maszyny logicznej, teoretyk i wielbiciel ideałów zwanych dzisiaj rycerskimi - twierdził, że miecz rycerzowi dano na podobieństwo krzyża aby służył Bogu...
A przecież obracając się wsród rycerzy wiedział, że krzyż miecza (zwany także jelcem) jest wielce skuteczny, jeżeli w bliski starciu wsadzi się go przeciwnikowi w oko... Jak on godził te dwa rodzaje wiedzy - nie mnie prostakowi wiedzieć...

Analizował przy tym szczegóły konstrukcji miecza europejskiego przypisując im znaczenie metaforyczne i wywodząc je ze szczególnej misji duchowej, jaką na świecie mają pełnić najlepsi z najlepszych: rycerze-zakonnicy w służbie Prawdy. Naturalnie nie wątpił, że sam doskonale wie, co jest Prawdą - jak wszyscy wyznawcy Prawdy.

Miał w tym poprzedników i następców: znakomitych, przeciętnych i całkiem głupich... Pozostaje tajemnicą, w jaki sposób wszyscy oni godzili przekonanie o moralnej doskonałości rycerstwa ze znajomością rycerzy takich, jakimi byli: wysokiej klasy specjalistów od uśmiercania ludzi w walce wręcz, pozbawionych współczucia i zawodowo zobojętniałych na okrucieństwo.

W każdym razie do dzisiaj zdarza mi się słyszeć, że miecz europejski uformowano na wzór krzyża i miłośników tej tezy nic nie przekona, że forma tej broni jest starsza niż obecność chrześcijaństwa wśród jej użytkowników.

Podobnie wygląda wyobrażenie na temat rycerskiego honoru: każdy wie co to jest... a im dziwniejsze wyobrażenie - tym bardziej rycerskie w powszechnym mniemaniu.
"Znawcy" tematu nie zadają sobie trudu, by poszukać historycznych dokumentów na ten temat lub też w jakikolwiek sposób zweryfikować swoją "wiedzę". Jeśli rycerze trudnili się rozbojem, masakrami lub też dopuszczali gwałtów - widocznie nie dorastali do ideału... Kłopot w tym, że temu ideałowi służył tylko don Kichote - nie dość że śmieszny, to jeszcze wymyślony.

Na przykładzie rycerskiego honoru widać wyraźnie prosty błąd logiczny popełniany masowo: powszechne użycie pojęcia "honor rycerski" wyklucza z kręgu honorowych rycerzy... wszystkich rycerzy. Albo prawie wszystkich, o których coś wiemy.
A przecież o wszystkich tych rycerzach nie pasujących do ideału wiemy dlatego, że byli postaciami wybitnymi, uosabiającymi rycerskie ideały w oczach współczesnych...
Taki paradoks oznacza, że trzeba dać sobie spokój z naszym pojmowaniem rycerstwa i sprawdzić, co to pojęcie oznaczało pierwotnie.

Jeśli jednak ktoś spróbuje ustalić, czym naprawdę był rycerski honor - znajdzie się w kłopocie.
Pojęcie honoru zmieniało się w miarę upływu wieków, w XVIII stuleciu było czymś innym niż w średniowieczu ale i w samym średniowieczu bywało różnie: zasady głoszone w wieku XIV różniły się od zasad wieku XIII a jakie były wcześniej - prawie nie wiadomo, bo mamy za mało źródeł.
W dodatku nietrudno zauważyć, że na temat praw rycerskiego honoru wypowiadali się najczęściej duchowni: uwikłani w bieżące a niezrozumiałe już dla nas spory polityczne. Starali się na różne sposoby wykazać, że prawym rycerzem jest tylko ten, kto służy ich interesom - i w tym celu kreślili takie ideały, jakie mieli akurat ochotę, nie przejmując się zbytnio faktami.
Sami rycerze nie zajmowali się pisaniem takich rzeczy, woleli inne zabawy.
Z nielicznych wzmianek, które można powiązać z autentycznymi przedstawicielami tego zawodu udało mi się wygrzebać następujące cechy:
1. Honor księcia jest większy od honoru rycerza, zatem książętom wolno więcej.
2. Honor wiąże się z rozmiarem ziemi i liczebnością ludzi, za jakich rycerz odpowiada. Rycerz nie odpowiada za nic więcej... bez ujmy dla siebie może popełnić dowolne okrucieństwo wobec ludzi obcych. Wobec swoich musi przestrzegać prawa, które zresztą sam stanowi... i za które odpowiada w pierwszej kolejności.
3. Rycerz działa a nie gada o działaniu. Rycerz maksymalnie angażuje się w to, co robi a stać go na więcej niż innych ludzi. Wyczyn jest sprawdzianem rycerza.
4. Rycerz jest ekspertem w swoim fachu. A jego zawód to wojna.

W sumie o honorze rycerza stanowią: wiarygodność, odpowiedzialność za swoich ludzi i działanie. Reszta jest dodatkiem.

poniedziałek, 9 maja 2011

Recenzja

Kolejna recenzja - z portalu http://literatura.bestiariusz.pl/

Ciekawa tym bardziej, że napisał ją człowiek z tej samej uczelni co moja...
A do myslenia dalo mi kilka kwestii... na przykład to, jak różni ludzie oceniają postaci takie jak Raffik-an Saiid. Pod wieloma względami taka różnorodnosć ocen jest moim sukcesem - ale jesli idzie o Raffika, to mi trochę żal. Jakby nie patrzeć - był bardzo dobrym ojcem... problemy jego wychowanka biorą się własnie stąd. A i sam Raffik-an zdziwiłby się okrutnie, gdyby ktokolwiek zarzucił mu zło. Wypełniał przecież to, co nakazywała tradycja, która go ukształtowała.
Ale to już kolejna zagadka Pani Morrigan: czy oceniając ludzi z obcego im punktu widzenia postępujemy sprawieldliwie?
I co to u diabła jest sprawiedliwosć?

piątek, 6 maja 2011

Przestrzeń w świecie fantasy

Wyprawa jest istotnym elementem wielu opowieści fantasy - należy wręcz do kanonów gatunku. Oznacza to, że od czasu do czasu trzeba opowiedzieć o ludziach jadących "stąd-dotąd" lub też "stamtąd-tam". Dokładnie w ten sposób przedstawiał kierunek swej podróży mały Sindbad w radzieckiej bajce z lat 60-tych... i okropnie mnie to śmieszyło w dzieciństwie.
Niesłusznie.
Zauważmy, że ta kwestia zależy ściśle od wyobrażenia przestrzeni, jakie ma podróżujący człowiek, jego doświadczeń z drogą i sposobu poznania tejże.
Dzisiaj dysponujemy mapami lub dokładnym zdjęciami lotniczymi, znamy drogę zanim jeszcze na nią wkroczymy, a i tak pokonujemy ją sunąc po asfalcie w wygodnym samochodzie z prędkością dwukrotnie większą niż najszybsza niegdyś dostępna dla człowieka: na myśliwskiej łodzi holowanej za harpunem wbitym w wieloryba.
Przed XVII wiekiem map prawie nie było, nawet żeglarze dysponowali tylko opisami wybrzeży (bardzo precyzyjnymi) i mieli poważne kłopoty z określeniem właściwej pozycji - bycie nawigatorem słusznie uchodziło za wiedzę tajemną.
Wojska posiadały plany istotnych obiektów, ale z systematycznymi mapami kraju było znacznie gorzej. Wszelkie kopce graniczne, punkty orientacyjne, oznaczone przeprawy stanowiły podstawową informację ale i tak najważniejszy był przewodnik znający trasę z doświadczenia.
Większość podróżnych zresztą poruszała się po wytyczonych szlakach, oficjalnych oznaczonych traktach (często podlegających pewnej ochronie i kontrolowanych), w dodatku tylko określone grupy ludzi podróżowały gdzieś dalej: kupcy, czeladnicy na wędrówce, pielgrzymi... i wszelkiego rodzaju ludzie luźni: złodzieje, prostytutki, kuglarze, sezonowi robotnicy. Rycerze posiadający własne nadanie jeździli często na oficjalne zjazdy, ale tylko w wyznaczone i ustalona tradycją miejsca - cały swój czas i tak poświęcali na trening i pilnowanie posiadłości. Rycerze służący komuś - podróżowali tam, gdzie ich zaprowadziła służba... ale nie znaczyło to wcale podróży dalekich ani przesadnie częstych. Dyplomaci podróżowali bez przerwy - ale ilu ich było?
Jak z tego wynika: materiałem na autentyczną opowieść drogi jest przede wszystkim przeżywanie samego faktu podróży i towarzyszących jej trudności codziennych niż podróż daleka...
Ale czy to mało?

poniedziałek, 2 maja 2011

Poszukiwanie prawdy według Pani Morrigan

Moi bohaterowie dość często stają wobec problemu PRAWDY.
Kłopot polega na tym, że ilu ludzi - tyle prawd. Oczywiście nikt nie ma wątpliwości, że prawda jest jedna... i że to właśnie on ją głosi.
Różnica między prawdą, wiarą i własnym przekonaniem jest dość trudna do wyznaczenia, a jeśli do tego dojdą kłopoty z uzasadnieniami - można się po prostu powiesić z rozpaczy. Oczywiście to dotyczy tylko zajadłych poszukiwaczy prawdy. Moi rycerze - jako ludzie praktyczni - wolą w takich wypadkach wieszać innych.

Kwestia prawdy o Pani Morrigan jest punktem wyjścia do wyprawy Alicji i Huberta.
W "Róży i mieczu" Dobromiła doszukała się mimo woli jakiejś odrobiny prawdy o sobie... ale akurat nie tej, na której jej zależalo.
Nie są to wypadki odosobnione, w nadchodzących opowieściach problem będzie powracał.
Z poszukiwaniem prawdy wiążą się też wróżby - Rhoud-an próbuje się różnych rzeczy dowiedzieć przy okazji swojej podróży z Paulem a wróżby podsuwają mu ślady. Tyle, że ślady same w sobie są zagadkami, z któymi nie wiadomo, co zrobić, nawet, jeśli późniejsze doświadczenie je potwierdza.

Dążenie do prawdy zawsze łączy się z niepewnością i dyskomfortem duchowym.
Wiara daje poczucie pewności - ale czy da się wydoić byka tylko dlatego, że uwierzymy w taką możliwość?
Relacje między prawdą i wiarą są zazwyczaj fascynująco poplątane - rozwikłanie tego wymaga sporo myślenia, na które ludzie praktyczni zwykle nie mają czasu.
A poza tym... cóż to jest prawda? jak nie bez powodu zapytał Piłat.

W powieści H. F. M. Prescott pt. "Człowiek na osiołku" pojawia się służąca, która ni stąd ni zowąd zaczyna mieć wizję mistyczną. Wizja zostaje wysłuchana przez władze duchowne rozmaitych szczebli - nikt nie wątpi, że jest ona autentyczna... Specjaliści duchowni są wstrząśnięci... i czym prędzej opuszczają klasztor, starając się o wszystkim zapomnieć. Taki sam efekt dało badanie przez władze świeckie z królem na czele: przybycie, zebranie faktów na temat wizjonerki-praczki, rozmowa z nią, szok i szybki wyjazd z przekonaniem, że tej wizji nijak nie da się użyć dla własnych celów.
Bardzo podoba mi się takie podejście do problemu objawienia: tylko wizja całkowicie bezużyteczna nie będzie budzić podejrzeń.
Każda prawda, która może być jakoś wykorzystana dla zdobycia władzy, staje się od razu pionkiem w grze, w której w dodatku każdy gracz chętnie oszukuje.
W ostatecznym rachunku ważne jest nie to, co jest prawdą, ale raczej co zrobimy z twierdzeniami uznanymi za prawdę.

Każda "prawda" ma to do siebie, że trzeba wobec niej zająć stanowisko i właśnie to niepokoiło Piłata przy rozmowie z Jezusem.
Ten niepokój nieco zelżał między V a XV wiekiem naszej ery - co sprawiło, ze okres ten uważamy za fascynująco prosty z duchowego punktu widzenia.
Jeśli uznamy stary nakaz świętej wojny za prawdziwy i pochodzący od Boga - trzeba niestety brać się do krucjaty.
Jeśli uznamy, że w paleniu ludziom domów nad głową i zarzynaniu bezbronnych nie ma nic świętego - trzeba zamykać gęby głosicielom krucjat.
Oczywiście jest też trzecia droga: wysłać na tę krucjatę kogoś innego, a przy okazji sprzedać mu konia, zbroję i resztę sprzętu, najlepiej pod zastaw całego majątku, jaki mu się nie zmieści na wóz.
Bo jedyną prawdą nie budzącą wątpliwości jest: PECUNIA NON OLET.

niedziela, 1 maja 2011

Druga recenzja

http://kasandra-85.blogspot.com/2011/04/krolewskie-psy-morrigan-piotr-olszowka.html

Pojawiła się w sieci kolejna recenzja. Milutko przeczytać i mieć swiadomosć, że nie jestem jedynym czytającym moje historie...
Ostatnio czytam w sieci sporo rozmaitych recenzji - zastanawiam się, kiedy ktos dojdzie do wniosku, że chciałby przeżywać takie przygody jak Rhoud-an Paul.