Fantasy z Morrigan w tle.

Blog o ciekawostkach historycznych, świecie "Królewskich Psów", różnicach kulturowych, rewolucjach w ludzkim umyśle wywołanych zmianami na świecie i innych sprawach wybieranych dlatego, że mnie zaciekawiły.

poniedziałek, 28 maja 2012

Cyrklem w głowie wykształconej... część 3

Druga część tej opowieści  przybliżała nieco świat siedmiu sztuk wyzwolonych i wyobraźni przez nie uformowanej. O ile system nauczania oparty o te sztuki daje wiele, to jednak ma i niemałe wady a traktowanie wszelkiej nauki wyłącznie jako narzędzia do badań teologicznych bywało potężnym ograniczeniem. Niemniej jednak o wadach tego systemu nauczania warto porozmawiać gdzieś indziej, tu bowiem doszliśmy aż do fascynującej kwestii:  dlaczego prosta geometria jest lepszym narzędziem dla filozofa niż powiedzmy: muzyka? Kłania się tu prof. Jan Tadeusz Stanisławski i jego samodzielna katedra mniemanologii stosowanej badająca wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiejnocy i odwrotnie... ale minęło ok półtora tysiąca lat poważnego traktowania takich problemów, zanim zaczęły śmieszyć. Cofnijmy się zatem do tamtych czasów i potraktujmy poważnie tę wyższość.

Geometria fascynuje, bo pozwala odkryć prawa rządzące światem. A zatem człowiek badający świat powinien w nim szukać geometrii.
Jak to robił uczony mąż w średniowieczu?
Jako przykład posłuży nam Villard de Honnecourt - podobno architekt, a najprawdopodobniej złotnik podróżujący po Europie. Notował detale konstrukcyjne, wzory dzieł sztuki, schematy kompozycji.
Jego szkicownik jest najstarszym znanym nam szkicownikiem architektonicznym a zarazem bezcennym źródlem pozwalającym zajrzeć do średnbiowiecznych uczonych głów.
Załóżmy, że mistrz Villard był typowym uczonym swego czasu...

Na tych notatkach widać ciekawą rzecz: w sylwetce mężczyzny poszukuje się pentagramu, i to nawet wtedy, gdy pozycja ciała wcale na to nie pozwala.
Co takiego ważnego jest w pentagramie?
Otóż jest to stary i wieloznaczny symbol. Ludzie wykształceni i zainteresowani magią (czyli w średniowieczu prawie wszyscy) wiedzieli, że to prastary symbol pogańskich bogów. Nieliczni szczęśliwcy mogli też czytać, że wedle mistyków pitagorejskich jest to znak życia i zdrowia... co w oczach ówczesnych chrześcijan niekoniecznie stanowiło dobrą rekomendację. Ale dla pierwszych chrześcijan pentagram i liczba pięć symbolizowały pięć ran Jezusa i jego ludzką, cielesną stronę a to już coś pozytywnego. To również znak pięciu zmysłów, pięciu żywiołów (a raczej, jak rozumiano w średniowieczu - pięciu pierwiastków, czyli substancji podstawowych tworzących świat: ognia, wody, światła, powietrza, wiatru).


To również znak łączący pięć światów: fizyczny, eteryczny, astralny, mentalny i duchowy - pozwalający wyrazić wyższość ludzkiego umysłu w tych dziedzinach. Kto chce uprawiać magię - musi użyć pentagramu. Ale aż do XV wieku powszechnie uznawano istnienie białej magii - dobroczynnej i błogosławiącej a magię czarną traktowano jak margines godny ścigania a nie rozważań w gronie mędrców.
Dlatego pentagramu i innych figur geometrycznych poszukuje się w świecie przyrody aby odnaleźć  jej boski porządek.
Symbol nie jest abstrakcją bez związku ze światem.
Pentagram to ciało człowieka a ciało ludzkie to pentagram... i razem jest to splot symboliczny o wymowie pozytywnej. Villard de Honnecourt nie mógł przewidzieć, że około XIV wieku, przy okazji procesu templariuszy pojawi się po raz pierwszy skojarzenie pentagramu z wynalezionym przez oskarżycieli bożkiem Baphometem, co na zawsze powiąże ten symbol ze światem czarnej magii.



Do czasu pewnego znudzenia kompozycjami opartymi na prostych formach geometrycznych używano ich w plastyce bardzo chętnie. Zresztą do dzisiaj malarze doceniają zalety tej metody komponowania obrazu. Po prostu dawni mistrzowie upatrywali w niej czegoś więcej niż my: sposobu na rozumienie świata i poradzenie sobie z jego nieprzewidywalnością. Wierzyli, że poprzez odnalezienie geometrycznego porządku zbliżą się do Boga.
Przy okazji odkrywali coś ważnego: reguły sztuki i ludzkiego myślenia. Geometria dawała pewność, że chaos jest złudą umysłów prostackich, zaś światem rządzi prawo.
Dynamika geometrycznego komponowania nadała gotyckim plastykom siłę wyrazu, jakiej nie znali ich romańscy mistrzowie.
A zatem wciąż poszukiwali coraz lepszych reguł wyrażających matematyczną i geometryczną budowę świata.
Mogła to być kompozycja centralna, regularna, oparta na obrocie powtarzalnych elementów.
Stosowano ją wówczas, gdy należało wprost wyrazić przekonanie o porządku świata: tak powstawały witrażowe rozety katedr rywalizujące o to, która piękniej wyrazi tę ideę... oświetlając przy okazji nawę główną swoim kolorowym blaskiem.
Ale w ten sam sposób projektowano przekroje filarów dźwigających całe sklepienie. Czy po to aby uzyskać sztywną i lżejszą konstrukcję? Ale wtedy nie istniała inzynieria wytrzymałości! Aby uzyskać piękniejszą i ozdobną formę całego filara? Ale czemu to właśnie uznano za formę właściwą dla tego celu? A może dlatego, że element wspierający sklepienie winien ucieleśniać sobą ideę geometrycznej regularności, która wspiera Boże Dzieło: Świat, dar Boga dla człowieka.
Kompozycja geometryczna jest właściwie wszechobecna w tej epoce. Symetria to jeden z stosowanych porządków. Mogły to być też układy mniej oczywiste: grupy postaci czy rozmaite monstra. A wreszcie: mogły to być układy ukryte dla laika, lecz odbierane intuicją, albo doskonale czytelne dla mędrców biegłych w siedmiu sztukach wyzwolonych. Na przykład zaprezentowana obok twarz zaplanowana w oparciu o szereg jednakowych kwadratów. Jeśli przyjrzymy się jej - łatwo zauważymy, że w sztuce gotyku ten styl wykreślania twarzy stanowił regułę. Villard de Honnecourt dla pamięci wykreślił tę regułę... bo jego szkicownik to przede wszystkim dziennik rozwoju osobistego artysty: zbiór wzorów, reguł, notatek otwierających nowe horyzonty wyobraźni po to, aby nie stracić później tych doświadczeń i na ich podstawie stworzyć konkretne dzieło.


Szkicownik de Honncourta można traktować też jako zapis rozwoju osobistego artysty - zawiera próby przepracowania nie tylko proporcji konstrukcji ludzkiego ciała ale również przymiarki do konstruowania budowli, notatki techniczne, szkice rusztowań i... obciążeń, takich jakie mógł zobaczyć uczony nie będący inżynierem.

De Honnecourt notował w zasadzie wszystko - nie bez powodu. Takie po prostu były realia jego świata. Miał małe szanse, by powrócić w to samo miejsce i uzupełnić braki w zapiskach, nie mógł zaś przewidzieć, czy nie zostanie konsultantem przy jakimś nietypowym dziele. Mamy dzisiaj problem z ustaleniem, kim właściwie był: architektem? rzeźbiarzem? malarzem?
Najbardziej prawdopodobna teza głosi, że był... złotnikiem.
Co ma złotnik do rzeźby - można zrozumieć, choć z trudem. Ale do konstrukcji ciesielskich w architekturze?
Otóż ma sporo. Przy wielkich budowlach takich, jak katedry gotyckie, pojawiały się czasem nieoczekiwane problemy. Wówczas proszono o konsultacje każdego, kto mógł służyć wiedzą o istniejących rozwiązaniach. Bywało, że złotnik zastępował architekta, gdy okoliczności zmuszały a innych architektów w okolicy brakło.
W średniowieczu rzetelna wiedza była klejnotem rzadszym niż perły.
Podobnie zresztą jak dzisiaj, chociaż dzisiaj o nią łatwiej...
W każdym razie siedem sztuk wyzwolonych było niezaprzeczalnym fundamentem każdej wiedzy, a geometria - podstawą techniki.
Jeśli komuś wydaje się, że mistrz Villard był jakimś wyjątkowym miłośnikiem szukania form geometrycznych w świecie - niech popatrzy chociażby na kapitele kolumn:











W świecie geometrycznej, prostej kompozycji nawet Judasz wisi centralnie - a, że swym czynem zaburzył porządek, podkreślono moralną ocenę asymetrią jego postaci. Towarzyszące mu diabły natomiast strzegą go jak najbardziej regularnie, niczym lustrzane odbicia. Ostatecznie one wypełniają Boży plan.


Wydawac się może, że takie geometryczne myslenie ograniczało sie do mnichów i kosciołów. Nic podobnego! Geometria była stałym elementem wykształcenia, a zatem patrzono na nią jak na jego znak. Zresztą z korzyściami dla dyscypliny myślenia - geometria naocznie wykładała istnienie logiki w otaczającej nas rzeczywistości.
W Boskiej Komedii Dantego świat jest podzielony na kręgi.

Mistrz Lichtenauer - porządkując swoją wiedzę szermierczą sprowadził ją do łatwych do zapamiętania postaw i ciosów podstawowych pogrupowanych według liczb. Jego następcy zrobili to samo - nawet po renesansowych odkryciach z zakresu rysunku ilustracje w traktatach szermierczych zachowały geometrię i dynamikę - ze względów praktycznych: rzeczy uporządkowane łatwiej opanować myślą.
Ta geometria myślenia pojawia się w każdym traktacie szermierczym. Dzisiejsi praktycy sztuki rycerskiej wiedzą, że tak idealne wykonanie techniki w walce to rzadkość, jednakże zdają sobie sprawę z tego, że właśnie takie rysunki najlepiej pokazują dynamiczny układ sił w starciu.

Ilustracja z traktatu Mistrza Fiore Dei Liberi to interesujący przykład  geometryzacji sztuk walki:  położone na sylwetce ludzkiej miecze wyznaczają: kierunki ataku bronią dokładnie tak samo wygląda schemat podstawowej pracy nóg... do tego alegoryczne zwierzęta: Lew, Leopard, Ryś, Słoń pokazują dokładnie cechy, jakie należy sobie wykształcić - odwagę i wspaniałomyślność, agresję i umiejętność użycia podstępu, strategię,  postawę (moralną jak i tę zwykłą - pewność i stabilność na nogach). Gdyby ktoś nie zrozumiał to wszystkie te zwierzęta trzymają stosowne symboliczne akcesoria: strzałę - znak szybkiego ataku z daleka, zamkowa wieżę jako symbol obrony i odporności, no i...  cyrkiel. Narzędzie każdego geometry jest czytelnym i oczywistym symbolem planowania.
Zresztą Fiore wprost próbował ująć swą sztukę walki w reguły oparte na figurach geometrycznych. Jego wykład może budzić uśmiech, ale zrzedła mi mina, gdy znajomy policjant rozpoznał w traktacie z końca XIV wieku współcześnie używane techniki obezwładniania...

Jak widać geometryczność samego myślenia była w tej epoce rzeczą oczywistą, nawet w sztukach tak praktycznych jak zapasy.
Możemy sobie powiedzieć: mroki średniowiecza.
Nie do końca.
Był to raczej dorobek intelektualny średniowiecza, który przeszedł na późniejsze epoki.
Każdy początkujący malarz przyswaja sobie te nauki w niezmienionej postaci jako podstawy kompozycji i rytmu - mało kto zdaje sobie sprawę jak stara jest ta wiedza.
Oczywiście - została ona potem rozwinięta, co samo w sobie dowodzi wartości tego sposobu myślenia.
Poszukiwanie geometrii w ludzkim ciele było de facto poszukiwaniem Ideału i Zasady.
Znalazł je Leonardo da Vinci.
Jego Człowiek Witruwiański to być może najważniejsza praca na temat geometrii ludzkiego ciała, jaką kiedykolwiek stworzono...


Geometryczna harmonia wszechświata dała się zmierzyć, określić i pojąć. A według autorytetów jej zrozumienie otwierało rozumowi drogę do poROZUMienia z Bogiem, który przecież był Najdoskonalszym Planistą.
Każdy średniowieczny logik wyciągał stąd wniosek, że geometria jest sztuką boską...
A jak służyła sprawom Boskim - o tym w następnej części...

piątek, 11 maja 2012

Recenzje i pomysły

Na blogu Dune-Fairytales pojawiła się  recenzja "Królewskich Psów". Miło jest przeczytać, że kogoś bawią te same kulturowe  zjawiska co mnie - jednocześnie przyszło mi do głowy, że mógłbym  napisać tu coś o niektórych zwyczajach pojawiających się w moich historiach. Tabu imion, rozmaite ceremonie związane z bronią, mity i legendy dotyczące świata rycerzy... Póki co - muszę na czysto przygotować historię świętej geometrii i wykształcenia w średniowieczu, na co ciągle brakuje mi czasu.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Cyrklem w głowie wykształconej... część 2

W poprzedniej części przyjrzeliśmy się mapom średniowiecznej wyobraźni i podjęliśmy próbę zrozumienia ich specyfiki.
Czas odpowiedzieć sobie na poważne pytanie: Kto to wymyślił i jak? Co kierowało umysłem średniowiecznego intelektualisty?
Zapewne w każdym wypadku coś innego ale wspólne dla wszystkich twórców map było wykształcenie oparte o siedem sztuk wyzwolonych. Takich, jak poniżej:




Obrazek powyższy pochodzi z dzieła Hortus Deliciarum mistrza Herrada von Landsberg czyli Ogród Doskonałości. Powstało ono około roku 1180 i wśród innych delicji wzniosłego umysłu pokazuje nam wdzięki sztuk wyzwolonych... pod postacią siedmiu bardzo ponętnych i pięknie ubranych sztuk... damskich, z wszelkimi atrybutami przynależnymi pięknym paniom: uroda, wdzięk, strój... i piersi nieduże, okrągłe, sterczące poprzez modnie dopasowane suknie.
Średniowieczni uczeni lubili bardzo dosłownie pokazywać pojęcia abstrakcyjne. Jeśli o tym pamiętamy, czytanie dawnych ilustracji staje się ciekawsze.

Septem artes liberales tłumaczymy jako siedem sztuk wyzwolonych ale chodziło raczej o sztuki ludzi wolnych. A co to z kolei oznacza? Wolnych w sensie wolności osobistej, czy wolnych od czegoś? Dobre pytanie! Na szczęście wiemy, że od czasów antycznych chodziło tu o wolność od fizycznej pracy - ta bowiem pozostawała czynnością ludzi zależnych i w jakiś sposób zniewolonych. Warto jednak pamiętać, że dla ludzi w dawnych, sztywno uporządkowanych społeczeństwach "wolność" oznaczała coś innego niż dla nas. Taka, jaką wyobrażamy sobie dzisiaj - wówczas była niemożliwa... a raczej: nie uważano jej za wolność... To zaś, co uznawano za wolność - było w istocie uwolnieniem tylko i wyłącznie od samowoli suwerena. Hasło: "miejskie powietrze czyni wolnym" znaczyło właśnie tyle: człowiek przestawał być sługą pana, stawał się obywatelem miasta, mającym prawo do... opieki prawnej. Rządziło nim jasne Prawo a nie widzimisię dziedzica.
Obowiązków miał tyle samo albo więcej, lecz były jasno określone prawem obowiązującym wszystkich równych sobie.
Co ciekawe - to skrępowanie obowiązkami bywało traktowane jako wyznacznik wartości człowieka. Najwięcej wart był rycerz, którego obowiązkiem było poświęcić życie na rozkaz. Poniekąd był on ideałem człowieczeństwa zwykłego. Człowieczeństwo władców miało wymiar nieco nadludzki i święty.
Wolny od obowiązków pozostawał tylko człowiek luźny - nikomu nie potrzebny, każdemu obojętny, stojący poza społeczeństwem i prawem... postrzegany czasem jak odmiana zwierzęcia.
Pojęcie wolności nie było wtedy ani tak oczywiste ani tak pożądane, jak byśmy sobie dzisiaj myśleli. Do tej kwestii jeszcze wrócimy później, warto jednak pamiętać o tak odmiennym pojmowaniu wolności, gdy zastanawiamy się nad sztukami wyzwolonymi i życiem umysłowym średniowiecza.


7 sztuk wyzwolonych dzieliło się na dwie sekcje:
Trzy sztuki podstawowe czyli trivium - trivium gramatyka, dialektyka, czyli logika, oraz retoryka. Uważano słusznie, że bez nich czlowiek nie może się niczego nauczyć.
Cztery sztuki przygotowujące człowieka do studiowania filozofii i teologii czyli Quadrivium - arytmetykę, astronomię i muzykę.
Nie wyobrażajmy sobie, że po ukończeniu tej nauki ktoś posiadł praktyczną umiejętność grania, czy biegłość w obliczeniach. Takie praktyczne zajęcia niegodne filozofa opanowywano w domu, zresztą służyły ludziom niższego stanu: grajkom i kupcom.
Sztuki wyzwolone nazywano tak, gdyż uprawiali je ludzie wolni od pospolitej brudnej pracy. Teoria była ich powołaniem... i w myśl tego wzniosłego założenia rozważali te dziedziny jako nauki o liczbach, proporcji i harmonii.
Powstaje tu naturalne pytanie: po co komuś muzyka, jesli nie zamierza grać? lub nauka o liczbach, skoro nie zamierza liczyć? Astronomia dla duchownego wydaje się oczywista, bo przecież na niej opiera się kalendarz czyli naturalny rytm świąt. W świecie bez radia czy gazet każdy duchowny musiał być samowystarczalny pod tym względem - ale pozostałe trzy sztuki?
To jedna z większych różnic między ludźmi okresu średniowiecza a nami - warto jej się przyjrzeć.
Otóż Pismo Święte a dokładniej Księga Mądrości mówi wyraźnie: "Bóg wszystko urządził według miary i liczby, i wagi" (Mdr 11:20).
Człowiek w dawnych epokach rzadko miał do czynienia z książkami, więc czytał bardzo dokładnie i wiele razy, a jednoczesnie brał lektury znacznie bardziej dosłownie niż my dzisiaj. Jeśli sam Bóg stosował matematykę, to pobożny mąż powinien iść tą drogą do doskonałości.
Jednocześnie warunki życia codziennego były szalenie prymitywne, samo życie krótkie i narażone na wiele niebezpieczeństw. Banalne skaleczenie czy przeziębienie mogło się skończyć śmiercią. Tak zmarł biskup Henryk Kietlicz - który po prostu chciał w czasie procesji obejść boso kościoły w swoim mieście... Kroniki Długosza donoszą o cyklicznych klęskach straszliwego głodu co kilka lat, wojny na rozmaitą skalę trwały w zasadzie bez przerwy. Codzienność była pełna strachu, brudu i brutalności, do tego chwilowa, dlatego każde oderwanie od niej odbierano jako rzecz zbliżającą człowieka do Boga.
Teoretyzowanie odbierano jako działanie duchowe, pobożne i wzniosłe, praktyka należała do ludzi pośledniejszego stanu.
Przez połowę średniowiecza trwał spór o wyższość spekulacji nad doświadczeniem, angażowały się w niego najwyższe autorytety wiary - właśnie dlatego, że sprawa bezpośrednio dotykała systemu wartości.
Czy abstrakcyjne wartości to coś, co wpływa na praktykę?
Cóż, zastanówmy się nad przykładem: William Ockham głosił, że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę - dla nas jest to sensowne podejście do problemów poznania, dla jego współczesnych - herezja podważająca samą definicję rzeczy boskich, bo Ockham powiedział też, że władza i porządek społeczny pochodzi bezpośrednio od Boga... co doprowadziło go do wniosku, że świecka władza papieży i biskupów nie jest konieczna. Spalenie Ockhama na stosie pozbawiłoby cesarza jedynego fachowca zdolnego do prowadzenia teoretycznego sporu z papieżem o władzę - toteż uczony chronił się najlepiej, jak mógł.
Teoretycy tego okresu bardzo łatwo dochodzili do wniosków, które co i rusz wywracały praktykę do góry nogami...
Pamiętajmy o tym, kiedy wyobrażamy sobie umysł średniowiecznego uczonego.
Grajek grał, znawca analizował teorię muzyki i jej miejsce w świecie.
Człowiek z gminu patrząc na studnię widział źródło wody. Mąż uczony i szlachetny widział przede wszystkim metafory pouczające o doskonałości dzieł Bożych. A miarą jego doskonałości i wykształcenia była ilość symboli, jakie zdoła ujrzeć.
Oto Fontana Maggiore w Perugii. Źródło wody, któremu znaczenia dodają wyobrażone sceny mitologiczne, kalendarz oraz przedstawienia sztuk wyzwolonych.


A że źródło to początek wszechrzeczy - wróćmy dzięki tej fontannie do sztuk wyzwolonych tak dosłownie pokazanych na jej płaskorzeźbach.


Muzyka bez grania to przede wszystkim nauka o harmonii trwającej w czasie, wyrażonej poprzez liczby i proporcje. Arytmetyka bez kupieckich obliczeń staje się nauką naprawde boską, bo całkowicie abstrakcyjną a zarazem, podstawową... Astronomia praktyczna służy orientowaniu się w dniach świętych, ale również analizowaniu budowy świata.

Najciekawszą z 4 sztuk jest niewątpliwie geometria.
Co takiego ciekawego jest w nauce o kształtach?
Otóż pozwala ona wykazać namacalnie wyższość teorii nad praktyką. Zwykły człowiek mający cyrkiel i linijkę bez podziałki może sobie pokreślić kółka i kreski. Mąż biegły w sztuce geometrii będzie tymi samymi narzędziami dokonywał precyzyjnych podziałów wielkości, wyznaczał skomplikowane plany budowli, kierował pracą kamieniarzy, którzy dzięki jego kierownictwu ułożą z kamieni piękną strukturę, chociaż sami umieliby tylko ustawić prosty mur.
Wyższość geometrii nad innymi polegała także na tak cenionej wówczas namacalności: przy pomocy prostych narzędzi osiąga się niezwykle złożone efekty. Cyrkiel, linijka bez podziałki, pion murarski - proste i zwykłe narzędzia, które każdy prostak mógł zrobić i wziąć do reki. Umysł uczonego używał ich do przetworzenia idei w kamienną konstrukcję.
Ale o tym, jak to robi - w następnej części...

czwartek, 5 kwietnia 2012

Cyrklem w głowie wykształconej... część 1

Przed Pyrkonem zapowiadałem, że umieszczę mój referat tutaj w odcinkach.
Niniejszym zaczynam.

W ciągu minionego roku wiele osób pytało mnie o różne rzeczy związane ze średniowieczem. Całkiem często pytano mnie o mapę.
Jedni pytali, czy narysowałem mapę świata Królewskich Psów, inni żądali kategorycznie, żebym ją narysował...
Dało mi to do myślenia na tyle, że nieco ugryzłem temat mapy średniowiecznej i średniowiecznego planowania, bo w średniowiecznej opowieści fantasy mapa powinna trzymać styl epoki.

Pozostaje pytanie: co to znaczy? Jaka jest średniowieczna mapa, jak ją robiono? To nie jest łatwe pytanie, bo w średniowieczu wcale nie rysowano map często - nie miały zbyt praktycznego zastosowania.


Podróżnicy poruszali się z przewodnikiem lub pytając o drogę...
Granice państw wyznaczano według łatwych do rozpoznania linii rzek oraz krain utrwalonych zwyczajem, zresztą dla celów politycznych dokładny opis tekstowy był bardziej użyteczny, niż mapa świata pozbawiona podziałki - władcy od czasów starozytnego Rzymu nie prowadzili systematycznych badań pomiarowych a bez tego nie ma mowy o podziałce mapy czy sensownej siatce odniesienia.
Żeglarze mieli w głowach plan wód i niechętnie zapuszczali się dalej... Tak naprawdę mapa jaką znamy dzisiaj wówczas prawie nikomu nie była potrzebna.

Prawdziwie wzniosły średniowieczny umysł kreślił mapę, żeby uporządkować świat doczesny wedle potrzeb duchowych. Rysowano je głównie po to, aby pouczyć ludzi a nie po to, by rozwiązywać ich przyziemne problemy... Jeśli zapytamy, gdzie jesteśmy - średniowieczny prostak powie nam, że o milę od Krakowa, mąż uczony dokładnie określi nasze miejsce w Bożym planie bez specjalnej troski o doczesną wartość tego planu. Wedle jego wskazań uratujemy duszę... za cenę bezsensownego marszu po polu.
I wbrew pozorom była to postawa bardzo potrzebna w świecie, w którym biskupi wkładali zbroje i wymachiwali maczugami.

Zobaczmy kilka map z tego okresu abyśmy i my mogli skorzystać z nauki:


Mapa z Psałterza z 1265

Oto piękna mapa pokazująca cały świat. Dokładnie cały: warto zwrócić uwagę, że zmieścił się na Chrystus w pozie majestatycznej czuwający nad światem w towarzystwie aniołów oraz para niewielkich ale okropnych smoków jako jego przeciwieństwo. Ponadto zawiera podstawowe informacje astronomiczne oraz morza, zatoki, góry, słynne rzeki znane z Biblii i z opisów Europy. Boska część mapy zajmuje około czwartej części całego przedstawienia... Warto zauważyć, że autor mapy jasno wyraził przekonanie że ziemia jest okrągła... tyle, że płaska. A w centrum ziemi jest święte miasto Jerozolima... To nie jest przejaw chętki na rysowanie mapy od cyrkla ani zwykłego wytłumaczenia sobie, że skoro widzimy horyzont wokół siebie, to cały świat powtarza kształt horyzontu. Świat pokazany tutaj pod osłoną błogosławiącego gestu Chrystusa jest dziełem Bożym. Jako taki musi być doskonały - a każdy uczony mąż w średniowieczu wiedział, że najdoskonalszą i najbardziej boską figurą geometryczną jest okrąg - który nie ma początku ani końca, chociaż jest zamkniętą i skończoną całością. Ponadto jego każdy element pozostaje w tej samej odległości od centrum...


Warto popatrzeć na metaforyczne źródła rzek i rozmieszczone na horyzoncie symbole. Przytulona do krawędzi świata jest terra incognita, którą mnisi z "Imienia Róży" zapewne określiliby jako finis Africae. Żyją tam dziwaczni ludzie, o których wspominają dawni autorzy... lecz których nie sposób odnaleźć. Jeśli ktoś się z tego śmieje - niech pamięta, że Kolumb musiał odpowiadać na pytania także i o nich - mieszkańców dziwnych krain: psiogłowców, olbrzymów i takich tam...




Tractatus de Sphaera Mundi mistrza Johannesa de Sacrobosco z roku 1300 opiera się o inną, za to bardzo tajemniczą koncepcję kartograficzną - Żiemia tu również jest okrągła, ale koło świata podzielono na płaskie strefy, z których tylko jedną zajmują lądy i morza. Ciekawa jest orientacja: można rozpoznać Morze Śródziemne i słoneczną Italię, ale widać z mapy, że północ wypada tam, gdzie dzisiaj rysujemy południe. Najwyraźniej jej autor przyjął, że góra mapy winna odpowiadać wysokiej pozycji słońca... Warto zauważyć też, że nie zmieścił się na mapie Półwysep Skandynawski a tereny Niemiec czy Polski są trudne do określenia. Terra incognita nie jedno ma imię. Za to zdumiewająco wiele miejsca zajmują dwa morza znane starożytnym: Morze Czarne i Kaspijskie.




Mapa mistrza o nazwisku Opicinus de Canistris z roku 1335 pokazuje wyraźnie Europę i jej czułe, intymne zbliżenie do krainy lwów i innych Maurów.



Mapa angielskiego benedyktyna Ranulfa Higdena z okolic roku 1350 jest częścią wielkiego dzieła Polichronicon - księgi opisującej świat i wyrażającej ciekawe poglądy na związki rzeczywistości z teologią...
Widać, że autorowi tej mapy przyświecał jasny cel: zmieścić wszystko, o czym słyszał i utrzymać Jerozolimę w centrum. Ostatecznie Jerozolima to początek Świętej Historii - a zatem winna stać w punkcie, od którego zaczyna się kreślenie okręgu: tam, gdzie staje cyrkiel.




Mapa Pietro Vesconte z roku 1328 pokazuje świat równie piękny... Autor pokusił się o astronomiczną siatkę odniesienia opartą o znaki zodiaku. Rzeki wypływają z tajemniczych gór, Jerozolima oczywiście jest w centrum świata a granice znanych terenów wyznaczono pasmami górskimi. Morze Śródziemne ma dość dopracowany kształt i zawiera mniej więcej dokładne punkty odniesienia - zapewne dlatego, że Pietro Vesconte opierał się na informacjach żeglarzy. Krym i Morze Czarne również opracował starannie... za to Afryka i Europa północna to znowu  terra incognita - ziemie nieznane i bez szczegółów. Na tej mapie widać rzecz bardzo ciekawą: to mapa wyobraźni wykształconego Włocha z początków XIV wieku...
Wśród zebranych tu jest to jeden z lepszych przykładów teologiczno-fantastycznej metody kreślenia map.
W miarę dokładne opisy krain interesujących oparto na informacjach praktycznych i uzupełniono Biblią...

Gdybyśmy spróbowali narysować mapę krain znanych z powieści fantasy według tej recepty - okazało by się, że jest ona inna dla każdego bohatera... Mapa Gandalfa byłaby inna niż mapa Froda a one obydwie różniłyby się od mapy Aragorna. Przenosząc ten styl uprawiania kartografii na świat wymyślony przeze mnie musiałbym rysować inną mapę dla czarodziejki Alicji, inną dla Raffika-an Saiid, jeszcze inną dla Rhouda-an Paul a przy rysowaniu map dla poszczególnych książąt musiałbym sam ze sobą stoczyć wojnę o poprawność polityczną.
Jak z tego widać rysowanie mapy samo w sobie może być przygodą... Ale wróćmy do map nieskażonych wiedzą geograficzną.
Pokazane mapy były obrazem świata ale takim, jakiego chciał autor mapy - inaczej mówiąc zapisem jego własnej wyobraźni.
A czym w takim razie była ta wyobraźnia? Co ją kształtowało? Co właściwie o niej wiemy?
O tym w następnej części...

środa, 4 kwietnia 2012

Secretum i recenzja

Na Secretum pojawiła się recenzja... To pierwszy znany mi wypadek, że historię Dobromiły z Ujścia ktoś uznał za najlepszą z tych opowieści. To także chyba pierwszy albo drugi wypadek, że ktoś docenił różnorodność tych historii... No i mam zgryz - szaleć z formalną stroną opowieści czy dać sobie spokój? Wpakowac Rhouda-an w historię kryminalną czy posłać na polowania na smoka? A może pokusić się o eksperyment szaleńczy i napisać o tym, jak Kellet van Tretnau zaczął żyć w celibacie? 
Ale to by już był nadmiar fantastyki...

wtorek, 3 kwietnia 2012

Papierowy azyl dla języka - recenzja

Recenzja na portalu Papierowy Azyl pokazała mi, jak dziwnymi ścieżkami krąży ludzka wyobraźnia, nawet, jeśli ma szlak jasno wyznaczony przez w miarę konkretną opowieść.
Jak to zwykle bywa - po dobrej (niekoniecznie pochlebnej) recenzji autor ma o czym pomyśleć.
No i myślę... Zadziwia mnie rozmaitość reakcji na tak banalną sprawę, jak język, którym mówią moi bohaterowie.
Jest zwyczajny nie bez powodu - otóż dla nas nasz język też jest zwyczajny...  chociaż dla naszych przodków byłby niezrozumiały.
Nie miałbym specjalnych problemów z napisaniem przynajmniej dialogów polszczyzną z czasów Jana Kochanowskiego czy Mikołaja Reja. Pytanie za 10 groszy: kto by się chciał przebijać przez taką fantasy?

Królowa do mszej chciała ale kapelana doma nie naleziono, bo pilnował dzbana.
A niechaj ci, co czedli, wżdy w pamięci zakarbują, iż magister rerum humanorum rzecz swą wieloma słowy snadnie wyłoży.

I aż się prosi, żeby każdą taką próbę podsumować słowami mistrza Waligórskiego
Łowiec w krzach czeczota iszcze,
Kneź w dworzyszczu wziął zydliszcze,
Siadł, zagędźbił na podkurek,
Zaraz kur wór wniósł chór dwórek.
Rozdźwierzyły się podwoje,
Pojedynczo, lub po dwoje
Wchodzą przaśni, kraśni woje
Ni gieroje, ni playboje,
Gwarząc swoje ćmoje-boje.
Grzmią pokrzyki "Sława, sława!"
I knehini Pipkosława
U przedproża-zaporoża
Kiej problem na ostrzu noża
Lub kiej na gondoli doża
Ta detyna boża stawa
Wywołując grzmiące brawa.
Iście to magnacka feta,
W sosie własnym wajdelota,
I filety z filareta
I kompoty z Wizygota
Tur w bratrurze,
Żubrze udźce,
Wszyscy nuże
Chap za sztućce,
Ale kneź przed tą zabawą
Chciał wystąpić z mową-trawą -
Już się podniósł,
Wsparł o blat się,
Kiwnął w przód się
Oraz w zad się,
I rzekł w średniowiecznej mowie:
- Mociumichmośćwaćpanowie!
Jako wieda ano spokąd,
Dadźbóg raciąż do nipokąd,
Brzęczyszczeje dyćka dziewierz,
Grzymidojda sierdząc nie wiesz!
Ady ino kićki dziopa
Cimcirymci Hryćka kopa?
Ady ino ćwiąka łajba,
Ano bździąg odbita szajba
Ano gwoździec! Uździec ano!
Tu owacją mu przerwano,
Na ramiona go porwano,
Udzielono mu poparcia
I zabrano się do żarcia.
Choć po prawdzie z całej mowy
Nikt nie pojął ni połowy,
Gdyż kneź mówił o tych rzeczach
Raczej w stylu średniowiecza,
Zasię młodsze pokolenie
Znało tylko odrodzenie,
Więc nie doszła ich kneziowa
Mądrość niedościgła...
- To skąd te brawa wpół słowa?
- Bo kolacja stygła!

Gdybym pokusił się o eksperyment z archaizacją języka - w oczach czytelników efekt byłby mniej więcej taki, nawet, jeśli stworzyłbym język w miarę pasujący do naszej wiedzy o dawnej polszczyźnie.
Nie żartuję tu sobie z kogoś, kto chciałby odrobiny językowej egzotyki - ale próbuję usprawiedliwić się z tego, że... nie podjąłem rękawicy.
Kiedy byłem młodym zapalonym czytelnikiem, lubiłem sobie poczytać prozę poetycką, trudną, nierzadko bardzo melodyjną. Po latach wracam do tych książek i zastanawiam się, co ja w tym widziałem? Egzotykę? Wymyślność? Barokową przesadę? Pewnie wszystko po trochu.
Ale przede wszystkim nie chciałbym, żeby ktoś po latach wrócił do mojej książki i zadawał sobie te same pytania.
Mimo wszystko o skomplikowanych sprawach należy mówić jak najprościej.
I te historie wydane w pierwszym zbiorku "Królewskich Psów" i te, które dopiero się ukażą, kręcą się dookoła takich dziwnych trudno-prostych spraw... jak decyzja Rhouda-an Paul, żeby jednak zachowac się przyzwoicie. 
Wspomniana na początku recenzja jest recenzją kogoś, kogo "Psy" nie zachwyciły. Ma do tego święte prawo... a mnie ciekawi, czy faktycznie nigdy do tej książki nie wróci, tak jak deklaruje. Może kiedyś się przekonam.

Zauważyłem, że ludzie, którzy lubią okładkę "Królewskich Psów" - zazwyczaj nie mogą przekonać się do zawartości... i na odwrót.
Naturalnie, jak każdy autor, lubię czytać pochlebstwa. Kto nie lubi - niech rzuci kamieniem. A jak rzuci, to na pewno pójdzie do domu i w skrytości posłucha sobie pochlebstw, które kiedyś nagrał, żeby nie minęły... 
W każdym razie lubię, kiedy "Psy" komuś się spodobają, ale jeśli się nie podobają, to też ma to dla mnie sporą wartość... o ile nie trafię na człowieka, co bez czytania wie lepiej.
Czytanie takich rozmaitych recenzji przekonało mnie ostatecznie, że czytanie jest specyficzną formą twórczości - ulotną, bo nie pozostaje po nim żaden ślad. Ale trwałą, bo po każdej przeczytanej książce człowiek w niewielkim stopniu się zmienia. Inaczej mówiąc: Pani Morrigan nikogo nie puszcza bezkarnie.

środa, 28 marca 2012

Życie po Pyrkonie

Po Pyrkonie trzeba wrócić do normalnego życia... co zresztą mnie akurat bardzo odpowiada. Było zabawnie, ciekawie, przyjemnie... ale czas żeby było też normalnie.
Organizatorom jestem wdzięczny za zaproszenie, słuchaczom mojej prelekcji o geometrii średniowiecznego myślenia - za uwagę a wszystkim spotkanym i fantastyuzcznym ludziom z fantazją - za to, że byli.
Na Bookieriadzie pojawiła się kolejna recenzja mojej królewskiej psiarni... taka podnosząca na duchu.
Biorąc pod uwagę zainteresowanie - przerobię referat pyrkonowy na porządny artykuł i zamieszczę tutaj.
Kusi mnie, żeby następna prelekcja pokazała ludziom możliwości tkwiące w renesansie... A zatem wkrótce nadejdzie renesans jako temat dla fantasy...