Fantasy z Morrigan w tle.

Blog o ciekawostkach historycznych, świecie "Królewskich Psów", różnicach kulturowych, rewolucjach w ludzkim umyśle wywołanych zmianami na świecie i innych sprawach wybieranych dlatego, że mnie zaciekawiły.

wtorek, 18 grudnia 2012

Przewrotność Dobra czyli wychowanie małej Dorotki.

  • okładka: twarda
  • liczba stron: 280
  • Wydawnictwo: Dobra Literatura
  • Miejsce wydania: Słupsk
  • ilustracje: Bez ilustracji
  • Rok wydania: 2012
  • ISBN: 978-83-9332-908-3
Recenzowanie książek przyjaciół to zadanie o tyle trudne, że nikt nie uwierzy, że recenzent starał się patrzeć obiektywnie... nawet, jeśli przyjaźń między autorem i recenzentem zaczęła się od literatury i głównie wokół niej kręci.
Ale nikt nie obiecywał, że życie będzie łatwe...
I to zdanie właściwie można by umieścić jako moto na "Przewrotności Dobra" Jolanty Kwiatkowskiej. To historia dla ludzi, którzy lubią myśleć mimo, że myślenie czasem boli.
Dzieje się w niej tak dużo, że nie podejmuje się zaszufladkować wszystkiego i z konieczności moje przemyślenia będą chaotyczne i porwane na kawałki. Jeśli kogoś zaciekawią - zawsze może po przeczytaniu książki zestawić moje odczucia z własnymi...
Powieść ma Dobro w tytule, prawie wszyscy bohaterowie odmieniają dobro przez wszystkie możliwe przypadki... zachodzi jednak podejrzenie, że nikt z nich nie ma pojęcia co jest dobre a co złe - w takim pierwotnym i podstawowym znaczeniu. To historia dobrej kobiety - produktu "porządnej polskiej rodziny", jak określiła Cichockich jedna z bohaterek trzeciego planu... i to jeden z momentów, kiedy dałem się zaskoczyć, ponieważ w tym momencie naprawdę nie spodziewałem się już, że można ich tak określić. Po namyśle jednak sądzę, że i owszem: po prostu to, jak traktują się nawzajem, w powszechnym pojęciu nie podpada pod ocenę "dobre-złe". Wedle naszej polskiej moralności krzywdzenie dzieci, dręczenie psychiczne i fizyczne to sprawy rodzinne, prywatne, w które nikogo się nie wpuszcza. Dobro i zło są w naszej kulturze na pokaz i razem stanowią przeciwieństwo prywatnych spraw.
Ale do rzeczy...
Dorota jest kobietą sukcesu, robiącą szybką karierę dzięki umiejętnemu manipulowaniu ludźmi. Przebojową, bezwzględną, idącą do celu po trupach... poniekąd dosłownie, chociaż nikogo nie zabiła. Dorota jest szczerze podziwiana za wszystko, uchodzi niemal za świętą. Ta świętość nie kosztuje jej zbyt wiele...
Dorotka-idiotka jest krzywdzoną przez najbliższych siostrą i córką - bezbronną ofiarą, która nie może liczyć na niczyją pomoc.
To dwie strony jednej osoby. Obie chyba fałszywe, stworzone na pokaz.
Co je łączy? pojmowanie dobra. Bezwzględna Dorota używająca ludzi jak jej wygodnie, to Dorotka, która odrobiła lekcje, którymi hojnie obdarzał ją brat, ojciec, matka... a lekcje dobra uzupełniał i uświęcał ksiądz - żeby nie było najmniejszych wątpliwości, że oglądamy sytuacje jak najbardziej właściwe i akceptowane. Nie ma w tym ironii... TO NAPRAWDĘ JEST NORMALNE. Po prostu nie przyznajemy się do tej normy.
Dorota doznaje krzywd ale uczy się przetrwać, stopniowo osiąga mistrzostwo w unikaniu zła, a dobro staje się jej zabójczą bronią... wreszcie sama zaczyna wygrywać. Jej życie było pełne pułapek... z prawdziwą fascynacją kibicowałem jej w tej pogoni za ostatecznym sukcesem.
Ktoś powiedział, że w tej książce "
Ofiara, odbiera to, co się jej należy"... cóż, to nie jest prawda. Wielu ludzi w "Przewrotności Dobra" prawie-prawie dostało to, co im się należało... ale akurat Dorota - nie. Dostała za to wiele rzeczy, które nie należały do niej i nie jej były przeznaczone, jak również sama wzięła sobie wiele z tego, co miało przypaść komu innemu. Ale tego, co należało się tylko jej - nie dostała. Po prostu są takie dary, które muszą przyjść we właściwym czasie od właściwych osób - inaczej nigdy nie da się ich zastąpić. W życiu Doroty pozostała właśnie taka pustka, przez psychologów nazywana czasem deficytem (emocjonalnym lub etycznym). Jaka jest osobowość zbudowana na deficytach?Dorota wciąż udaje - jest mistrzynią fałszywej tożsamości. Dla każdego spotkanego człowieka tworzy idealną "Dorotę", trafiającą dokładnie w jego oczekiwania. Ten człowiek nie ma wątpliwości, że spotkał bratnią duszę. Ja nie miałem watpliwości, że dokładnie każdy taki gość został przez Dorotę oszukany. Nie kosztuje jej to zbyt wiele, a nawet coraz mniej w miarę zyskiwania wprawy... można powiedzieć, że w związki międzyludzkie wchodzą za nią jej fałszywe tożsamości... Czasem demonstruje tak wielkie mistrzostwo manipulacji, że miałem ochotę nagradzać ją brawami, bo przecież to stosowna nagroda dla aktora. Przypuszczam, że wielu czytelników właśnie w tych momentach czuło do niej uzasadnioną nienawiść. I słusznie. Życie Doroty to gra i udawanie a prawdziwej Doroty chyba nie ma i nigdy nie było, bo Dorotka-idiotka jest osobowością zredukowaną do resztek. Ona po prostu nigdy nie wyrosła - nie może odzyskać własnej tożsamości, bo nigdy jej nie miała. Sobą jest w swojej małej prywatnej świątyńce marzeń, do której prawie nkogo nie wpuściła.
Kiedy my, Polacy, mówimy o problemach dobra i zła, odwołujemy się zaraz do wybaczania. Zło jest dla nas głównie tym, co trzeba znosić i wybaczać. No i fajnie... a gdzie naprawa wyrządzonej krzywdy? Czy krzywdę Dorotki w ogóle można naprawić czy nagrodzić? W jaki sposób? Może ktoś potrafi oddać jej autentyczną tożsamość, której nigdy stworzyła lawirując wśród kłamstw i pozorów? Ostatecznie problem pokuty i przebaczenia jest problemem głęboko religijnym, fundamentalnym dla zbawienia duszy, więc może jakiś teolog zmierzy się z tym tematem: Czy możemy żądać wybaczenia krzywdy, której nie potrafimy naprawić?
Możemy skrzywdzonemu dać wódki, to zapomni o problemie i będzie zadowolony aż do kaca.
Rodzony brat Dorotki też został skrzywdzony przez rodziców, tylko jemu dali władze absolutną nad siostrą jako rekompensatę... i uważali, że załatwili sprawę dobrze. A rodzice Doroty? Skąd się tacy wzięli? Czy ich kiedyś wcześniej nie skrzywdzono? Byłoby bardzo wygodnie zwalić winę na alkohol... gdyby nie to, że najpierw pojawiają się ułomne, skrzywione osobowości, a wódka przychodzi potem.
Problem Doroty-aktorki polega na tym, że ona nie umiała przerwać przedstawienia, choćby próbowała ze wszystkich sił. Nawet wobec osób najbliższych ciągle gra Dobrą Dorotę, Która Zbawia Świat... i wie, że kłamie.
Nie oszukujmy się: dobra człowiek uczy się w dzieciństwie, potem tylko rozwija te nauki. "Przewrotność Dobra" opowiada właśnie o procesie uczenia i jego skutkach. Pokazuje, jak pojmowanie dobra przechodzi z pokolenia na pokolenie... bez najmniejszej szansy na zmianę. Ale po co to zmieniać, skoro dzięki lekcjom dobra Dorota odnosi życiowe sukcesy... Naprawdę, nie ma się czym martwić. WSZYSTKO w tym świecie idzie DOBRZE i ku DOBREMU.
Autorka często mówi, że w tej historii króluje schizofrenia. A w realnym życiu?
Lubię książki, po których mam o czym myśleć.
Po tej zostało mi wiele natrętnych myśli, które nie chcą wyjść z głowy.
Dorota triumfalnie idzie przez życie, a każde jej działanie zostaje nagrodzone. Cieszy się szacunkiem i podziwem niczym średniowieczny mnich Bernardo Gui.... może więc całe to zastanawianie się nad dobrem i złem nie jest do niczego potrzebne? Może zwycięstwo Doroty świadczy o tym, że jej rodzice mieli rację i wychowywali ją właściwie? Może doczekaliśmy się wreszcie literatury, w której Dobro i Zło nie ma znaczenia? Może pełne człowieczeństwo warto zastąpić pozą, rolą, grą... bo tak jest lepiej?
Sokrates pytał Ateńczyków, czym jest dobro - w końcu otruli go dla świętego spokoju. Piłat nie pytał Jezusa o dobro, tylko o prawdę. Być może w ten sposób stracił okazję dla ludzkości... ale od tamtej pory mało kto pyta: czym jest dobro? Jolanta Kwiatkowska nie tylko pyta, ale potrafi też zmusić do dłuższego zastanowienia nad tą kwestią. I na szczęście nie podsuwa odpowiedzi-gotowca.
A kiedy patrzę na tytuł, dudni mi w pamięci Witkacy: Dobrze jest, a jak kto mówi, że nie - to go w mordę!
Można by autorkę chwalić za język, za konstrukcję opowieści, za poprowadzenie jej wieloma równoległymi torami (bo historię Doroty poznajemy poprzez jej własną narrację ale też poprzez bajki, które opowiada w mailach tajemniczemu przyjacielowi, poprzez notariusza, który jest jednym z jej powierników... i poprzez kilku innych ludzi) - można chwalić... ale znajmy proporcję: Jolanta Kwiatkowska jest pisarką, dla której mistrzostwo formalne jest normą, a nie osiągnięciem. A zatem nie będę chwalił, tylko zazdrościł.
"Przewrotność Dobra" kupiłem sobie na Targach Książki w Krakowie, na stoisku portalu Granice.pl.
Nie żałuję ani jednego grosza.
Ostatnia zagadka, jaką mi ta ksiązka podsuwa: dlaczego do diabła, klasyfikuje się ją jako biografię, skoro to powieść obyczajowa?

środa, 1 sierpnia 2012

Książka lipca

W plebiscycie Książka zamiast kwiatka na Facebooku "Morrigan" została wybrana książką lipca 2012. Miło.
A ja pracuję nad kolejna historią. Pierwsza będzie historia krótka - "Drewniana Wdowa". Kto chce wiedzieć, o czym, łatwo znajdzie znaczenie tej metafory... Małą podpowiedź i wieczną inspirację zawdzięczam Jackowi Kaczmarskiemu i jego niesmiertelnemu zespołowi. A oprócz tego zacząłem powieść o Nicco de Lucca - znanym jako  "Chory" de Lucca. To facet, który miał nieszczęście zarobić na klątwę wiedźmy.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Po powrocie z urlopu...

Po ppowrocie z urlopu - miła niespodzianka. Na blogu Dune Fairytales kilka bardzo ciepłych słów o Królewskich Psach. Cóż pisałem te historie po to, żeby komuś się podobały w ten sposób i cieszę się, że wyszło. Jednocześnie zdecydowałem podczas namaczania się w Bałtyku z dala od telefonu i sieci, że następną historią do dokończenia będzie historia Nicco de Lucca zwanego "Chorym"... prawdopodobnie jedynego szermierza, który mógł rywalizowac skutecznie z Rhoudem-an Paul.
Biorę się do pracy.

piątek, 13 lipca 2012

Spór o tzw. "dobrą recenzję"

Anna Fryczkowska zapisała kilka myśli, z którymi się zgadzam... a zatem daję link do jej tekstu. Myślę że przynajmniej częściowo wyjaśnia sedno sporów między autorami i recenzentami...

niedziela, 24 czerwca 2012

Fantasy okiem kobiety

Głos ma p. Grażyna Strumiłowska - "Książka zamiast kwiatka". Najwyraźniej miałem przyjemność wprowadzić w świat fantasy kolejną poważną czytelniczkę...

Przyznam, że po raz pierwszy w życiu sięgnęłam po literaturę fantasy. Z pewnym niepokojem, czy dam radę ten gatunek literacki przeczytać. Tymczasem czekało mnie oczarowanie. Piotr Olszówka przeniósł mnie w krainę... baśni, ale nietypowej. Historia Alicji i Huberta wciąnęła mnie w zaczarowaną krainę dziwnych miasteczek, wąskich kamieniczek, magii i czarów. Chociaż u Olszówki magia i czary nie są tym, czym by się wydawało. Opowieść na pozór baśniowa, wcale nią nie jest. Bardziej niż jakikolwiek inny gatunek dotyka współczesności. Morrigan to opowieść filozoficzna o tym, czym jest zło, głupota, niewiedza, okrucieństwo. Napisana wspaniałym językiem, obrazowo, zmusza jednocześnie czytelnika do myślenia, do weryfikacji swoich poglądów, do innego postrzegania świata. Jest to pozycja dla ludzi, którzy lubią, kiedy po przeczytaniu książka coś w nich pozostawia. To nie jest powieść do jednorazowego przeczytania. Obowiązkowa w każdej biblioteczce.

czwartek, 14 czerwca 2012

Jak pieknie to nie wiernie? - dylemat prawdy w opowieści

Sporo mówi się o prawdzie w literaturze czy filmie.
To kwestia dosyć trudna a jednocześnie kluczowa dla dobrej historii - bo żaden czytelnik nie przejmie się historią, w którą nie uwierzy.
Warto jednak zdawać sobie sprawę, że od samych początków literatury oddzielano strefę fantazji od prawdy. Literatura piękna czyli poezja nie była zobowiązana do przejmowania się faktami - miała działać na uczucia. Prawdą operowała sztuka publicznego przemawiania przez Rzymian zwana retoryką, w Polsce wymową (Adam Mickiewicz oficjalnie był profesorem poezji i wymowy).
Powyższy fakt to absolutnie banalna i oczywista rzecz, z której powinien zdawać sobie sprawę każdy czytelnik... a szczególnie pisarz.
A mimo to często odrzuca nas od poznawanej historii... myślimy sobie: "to nieprawda".
Taka reakcja nie trafia się zbyt często w przypadku dzieł mistrzów, ale książki mniej zręcznych pisarzy często lądują w koszu właśnie z tym okrzykiem.
Dziwne, bo, jako się rzekło, prawda w literaturze nie jest obowiązkowa - więc czego właściwie się spodziewaliśmy?

Może nie prawdy a wiarygodności?
Co to znaczy? Dla każdego coś innego, to zależy od własnej wrażliwości i wiedzy, co sprawia, że każdy sam musi sobie rzecz zdefiniować.
  
A zatem dla czytających i piszących przygotowalem małe ćwiczenie z kreatywnego czytania/pisania:
Mamy zekranizować powieść dziejącą się w latach 20-tych XX wieku. Bohaterką jest piękna kobieta, a my kompletujemy obsadę. Ze wzglęu na opowieść niezwykle ważne jest oddanie klimatu epoki.
Dowcip polega na tym, że wówczas kobiece piękno przybierało postać Mae West: talia raczej wyraźnie zaznaczona niż naprawdę wąska, konkretne biodra i obfity biust.  Do tego pulchna twarz (chętnie widziane dołeczni w okrągłych policzkach), wyskubane brwi i ostry makijaż, wąskie i mocno podmalowane wargi...
Cóż, to nie jest rola dla Angeliny Jolie czy Kim Basinger.
Ale aktorka odpowiadająca współczesnym kanonom urody zawali nam klimat lat 30-tych a ta w stylu epoki dzisiaj nie zrobi wrażenia pięknej.
Wierność historyczna czy efekt? Co poświęcić? Co osiągać? 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Prawa czytelnika i autora

Za każdym razem, kiedy trafiam na recenzję złą (lub złośliwą) pisaną przez recenzenta, widzę fundamentalną różnicę między jego a moim spojrzeniem na tekst literacki (jako autora ale i jako czytelnika).  Całkiem często mnie ta różnica denerwuje ale najbardziej męczy. W dodatku powoli dociera do mnie, że to nie tyle kwestia różnicy wieku, co różnica sposobu korzystania z dóbr kultury.
Czytanie zawsze było jak dzielenie się czymś - kto nie chciał skorzystać, czytać nie musiał. Jeśli ktoś nie rozumie - sam sobie jest winien, bo wziął się za coś, co go nie interesuje albo nie dość popracował nad własnym rozumem.
Dzisiaj coraz częściej spotykam sytuację, gdy czytelnik-recenzent wścieka się na autora, że napisał niezrozumiałą książkę albo z satysfakcją udowadnia, że autor jest idiotą.  Równocześnie ten sam człowiek demonstruje poczucie krzywdy, jeśli zostanie oceniony tą samą miarką.
Inaczej mówiąc: autor-obcy jest dla niego nędznym sługą (a raczej niewolnikiem kupionym za cenę z okładki) a swoje własne autorstwo - świętością. O uczuciach przyjaźni czy choćby wspólnoty w takim wypadku mowy nie ma. Tłumaczenie, że taka postawa nie ma sensu, powoduje zazwyczaj reakcję obronną: proszę mnie nie krytykować! JA mam rację!
Tacy ludzie zdarzali się i dawniej, ale szybko znikali z pola widzenia.

Dla mnie książka jest czymś w rodzaju osobistej galerii autora. Czytelnik jest tam gościem - wchodzi kupując książkę-bilet. Ogląda rzeczy wystawione. Nie poprzestawia ich, bo nie może. Nie wyniesie nic prócz własnych wrażeń. Nie zniszczy... i nie doda nic od siebie. Może we własnej głowie stworzy coś z wrażeń... albo zauważy rzeczy, które umknęły twórcy galerii. Uczciwie trzeba przyznać, że nie każda galeria warta jest odwiedzania - otwarte drzwi nie zawsze oznaczają, że jest po co zaglądać.

Ale co myśleć o takim gościu, który skorzysta z zaproszenia tylko po to, by zrobić kupę na środku galerii i próbuje za wszelką cenę opluć człowieka, który otworzył przed nim drzwi?

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Papierowe Orchidee

Kamil Czepiel uruchomił niedawno interesującego bloga pt. Papierowa Orchidea . Pomysł-znak naszych czasów, bo przed epoką internetu nie było łatwo zdobyć i opublikować co tydzień dość intymne wyznania od rozmaitych pisarzy. Jeżeli komuś w tym momencie krew mocniej ruszyła w żyłach - pragnę go uspokoić: intymność polega na opowiedzeniu o swej najważniejszej lekturze.
A wspominam o tym, bo dzisiaj była moja kolej - o, tutaj.

piątek, 1 czerwca 2012

Recenzja na Kawernie

Recenzja zamieszczona na Kawernie dała mi do myślenia... cóż, wniosek jest taki, że nie należy zbytnio eksperymentować, bo eksperymenty formalne czy rozmaite gry z gatunkami literackimi prowadzą w najlepszym razie do nieporozumień.
W każdym razie wiem, czego nie robić w przyszłości....

Pochwała głupoty...

Arkady Saulski wypocił tekściszcze na temat fantasy. Czemu używam takich słów? Bo szczerze powiedziawszy nie wiem, jak toto lepiej nazwać. Co gorsza - umieścił to na portalu o nazwie "manipularz" a jakby ktoś nie wiedział co to takiego, to wyjaśnienie w nagłówku informuje, że to część szaty kapłańskiej symbolicznie przypominająca o konieczności pracy nad sobą.

P. Sadulski niewątpliwie pracuje nad sobą. Tyle, że praca ma dwa możliwe kierunki: można coś budować lub demontować.

Zaczyna od słów "Fantasy to historia pisana przez półinteligentów dla ćwierćinteligentów. Ale to coś więcej – to wspaniały przykład tego jak niezrozumienie czym jest chrześcijaństwo może prowadzić do intelektualnego ośmieszenia. " a potem po równi pochyłej jedzie w tę stronę.
Popisuje się nie tylko niezdolnością do zrozumienia konwecji literackiej i ignorancją (sądząc po wypowiedzi czytał kilka książek fantasy a resztę kartkował), ale także agresją i wrogością do wszystkiego, co nie zgadza się z jego Jedyną Prawdziwą Wizją.

W dodatku uważa, że pisząc takie rzeczy broni wiary. Cóż, wierze nie zaszkodzi głupota wyznawcy, chyba, że głupiec ogłasza się jej jedynym przedstawicielem...

Jeździ po dorobku wybitnych pisarzy i traktuje ich z góry, bo uważa, że ma do tego prawo. Pewnie sam pisze lepiej. Niestety w żadnej księgarni nie trafiłem na Wybitne Dzieła WP Saulskiego,  więc nie mogłem się przekonać.

Po porcji naśmiewania się z idiotów czytających i pszących fantasy przychodzi kolej na dawkę Prawdziwej Wiedzy od Maestro Saulskiego. Czytamy:
"Rycerstwo przecież, każde dziecko to wie, wywodzi się w prostej linii od chrześcijaństwa właśnie. Rycerstwo jest dzieckiem wiary. Przypominam, że archetyp szlachetnego rycerza – Roland, ginie broniąc wiary! Jest strażą tylną chrześcijańskiej armii i ponosi śmierć z rąk muzułmanów."

No proszę. A ja w swej ignorancji myślałem, że na rycerstwo złożyły się doświadczenia militarne kawalerii pogańskiego Rzymu i pogańskich Franków oraz równie pogańskich Celtów... połączona ze specyficzną organizacją państwową... a Roland zginął w wyniku niepowodzenia awanturniczo-rabunkowej wyprawy Karola Wielkiego, broniąc taborów i łupów swego króla. Ale ja nie jestem dzieckiem. A WP Saulski na  ten temat wie tyle, co każde dziecko.

Jest też i solidna porcja wiedzy o budowie miecza:

"Nawet miecz – ewoluując z jednej strony od rzymskiego gladiusa, a z drugiej – od konstrukcji wikingów, przybiera z czasem kształt krzyża nie dlatego, że tak dyktowały prawidła fechtunku (nie możemy tego stwierdzić, nie dysponujemy źródłami) lecz dlatego, iż służyć miał Bogu (tu z kolei źródeł aż nadto)."

Otóż tak się składa, że dysponujemy źródłami co do fechtunku. Bogatymi. Kształt miecza bierze się wyłącznie z zasad sztuki walki i niczego więcej. Powiązania z religią wzięły się tu z tego samego źródła, co i wiedza p. Saulskiego, czyli z kiepskich filmów. Mogę to udowodnić z mieczem ręku i nie ja jeden. Poważnymi badaniami i praktyką średniowiecznej Sztuki Rycerskiej zajmuje się w Polsce kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy osób i coś ze trzy uznane organizacje, w tym jedna oficjalna federacja sportowa.

"Rycerz będąc na wyprawie wojennej klękał z wyciągniętym mieczem, opierał sztych o ziemię i modlił się doń tak jak gdyby modlił się przed wizerunkiem krzyża."

Rycerz, który przed walką na śmierć i życie tępi swój cenny, wyszukany i starannie wybrany miecz (wart tyle co dwie albo trzy krowy) to, że zacytuję mistrza Sapkowskiego "kutas, nie rycerz". Wsadzanie ostrej wysokogatunkowej broni w ziemię to najlepszy sposób, by ją uszkodzić tuż przed chwilą, kiedy od niej zależeć będzie życie rycerza. I powtórzy to każdy posiadacz ostrej broni świadomy tego, ile pracy wymaga utrzymanie jej w stanie gotowości bojowej. Ale pan Saulski wie lepiej. Zna się na mieczach. Widział jeden na zdjęciu. Ale z daleka, żeby się nie zbrukać.

Owszem, jest kilka obrazków przedstawiających rycerza w takiej pozycji. Stanowią śladową ilość wizerunków rycerskich i są wyrazem wizji rycerstwa snutej przez duchownych. Wizji opartej na życzeniach a nie na opisie faktów. A trzeba tu pamiętać, że duchowni generalnie nie akceptowali rycerskiego stylu życia i wiele robili, by go zmienić, lub przynajmniej dopasować do własnych wymagań.

"Pytanie więc – skąd u sapka (i u innych tym bardziej) rycerstwo, jako klasa funkcjonująca na takich samych zasadach na jakich funkcjonowała historycznie, skoro zasadnicza baza do jej powstania – wiara w Jezusa Chrystusa – nigdy się tam nie narodziła?"

Otóż rycerstwo nie powstało z wiary w Jezusa Chrystusa, tylko ze stylu walki - konnej szarży w ciężkim uzbrojeniu. Der Reiter (i rycerz), Chevalier, mounted knight to po prostu jeździec. A Andrzej Sapkowski to wybitny pisarz. Żeby móc nazywać go "sapkiem" - trzeba by mu dorosnąć przynajmniej w okolice pięt.

"Pomijam już fakt, że każdy rycerz (poza jednym) jest u Sapkowskiego ukazany jako kretyn i bęcwał, ewentualnie fanatyk, rodem z anegdoty o rycerzu wracającym z wyprawy wojennej do zamku."

Popisowy styl czytania dał interesujący efekt: wśród całego tłumu rycerzy Sapkowskiego Saulskiemu udało się znaleźć tylko jeden typ, reprezentowany przez dwie postaci. Rzeczywiście rycerz Falwick jest fanatykiem a Tailles bęcwałem i kretynem.
Dlaczego to oni przyciągnęli całą uwagę p. Saulskiego, a nie którykolwiek z czeredy heroicznych bohaterów stających po właściwej stronie?

Może dlatego, że swój ciągnie do swego...

poniedziałek, 28 maja 2012

Cyrklem w głowie wykształconej... część 3

Druga część tej opowieści  przybliżała nieco świat siedmiu sztuk wyzwolonych i wyobraźni przez nie uformowanej. O ile system nauczania oparty o te sztuki daje wiele, to jednak ma i niemałe wady a traktowanie wszelkiej nauki wyłącznie jako narzędzia do badań teologicznych bywało potężnym ograniczeniem. Niemniej jednak o wadach tego systemu nauczania warto porozmawiać gdzieś indziej, tu bowiem doszliśmy aż do fascynującej kwestii:  dlaczego prosta geometria jest lepszym narzędziem dla filozofa niż powiedzmy: muzyka? Kłania się tu prof. Jan Tadeusz Stanisławski i jego samodzielna katedra mniemanologii stosowanej badająca wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiejnocy i odwrotnie... ale minęło ok półtora tysiąca lat poważnego traktowania takich problemów, zanim zaczęły śmieszyć. Cofnijmy się zatem do tamtych czasów i potraktujmy poważnie tę wyższość.

Geometria fascynuje, bo pozwala odkryć prawa rządzące światem. A zatem człowiek badający świat powinien w nim szukać geometrii.
Jak to robił uczony mąż w średniowieczu?
Jako przykład posłuży nam Villard de Honnecourt - podobno architekt, a najprawdopodobniej złotnik podróżujący po Europie. Notował detale konstrukcyjne, wzory dzieł sztuki, schematy kompozycji.
Jego szkicownik jest najstarszym znanym nam szkicownikiem architektonicznym a zarazem bezcennym źródlem pozwalającym zajrzeć do średniowiecznych uczonych głów.
Załóżmy, że mistrz Villard był typowym uczonym swego czasu...

Na tych notatkach widać ciekawą rzecz: w sylwetce mężczyzny poszukuje się pentagramu, i to nawet wtedy, gdy pozycja ciała wcale na to nie pozwala.
Co takiego ważnego jest w pentagramie?
Otóż jest to stary i wieloznaczny symbol. Ludzie wykształceni i zainteresowani magią (czyli w średniowieczu prawie wszyscy) wiedzieli, że to prastary symbol pogańskich bogów. Nieliczni szczęśliwcy mogli też czytać, że wedle mistyków pitagorejskich jest to znak życia i zdrowia... co w oczach ówczesnych chrześcijan niekoniecznie stanowiło dobrą rekomendację. Ale dla pierwszych chrześcijan pentagram i liczba pięć symbolizowały pięć ran Jezusa i jego ludzką, cielesną stronę a to już coś pozytywnego. To również znak pięciu zmysłów, pięciu żywiołów (a raczej, jak rozumiano w średniowieczu - pięciu pierwiastków, czyli substancji podstawowych tworzących świat: ognia, wody, światła, powietrza, wiatru).


To również znak łączący pięć światów: fizyczny, eteryczny, astralny, mentalny i duchowy - pozwalający wyrazić wyższość ludzkiego umysłu w tych dziedzinach. Kto chce uprawiać magię - musi użyć pentagramu. Ale aż do XV wieku powszechnie uznawano istnienie białej magii - dobroczynnej i błogosławiącej a magię czarną traktowano jak margines godny ścigania a nie rozważań w gronie mędrców.
Dlatego pentagramu i innych figur geometrycznych poszukuje się w świecie przyrody aby odnaleźć  jej boski porządek.
Symbol nie jest abstrakcją bez związku ze światem.
Pentagram to ciało człowieka a ciało ludzkie to pentagram... i razem jest to splot symboliczny o wymowie pozytywnej. Villard de Honnecourt nie mógł przewidzieć, że około XIV wieku, przy okazji procesu templariuszy pojawi się po raz pierwszy skojarzenie pentagramu z wynalezionym przez oskarżycieli bożkiem Baphometem, co na zawsze powiąże ten symbol ze światem czarnej magii.



Do czasu pewnego znudzenia kompozycjami opartymi na prostych formach geometrycznych używano ich w plastyce bardzo chętnie. Zresztą do dzisiaj malarze doceniają zalety tej metody komponowania obrazu. Po prostu dawni mistrzowie upatrywali w niej czegoś więcej niż my: sposobu na rozumienie świata i poradzenie sobie z jego nieprzewidywalnością. Wierzyli, że poprzez odnalezienie geometrycznego porządku zbliżą się do Boga.
Przy okazji odkrywali coś ważnego: reguły sztuki i ludzkiego myślenia. Geometria dawała pewność, że chaos jest złudą umysłów prostackich, zaś światem rządzi prawo.
Dynamika geometrycznego komponowania nadała gotyckim plastykom siłę wyrazu, jakiej nie znali ich romańscy mistrzowie.
A zatem wciąż poszukiwali coraz lepszych reguł wyrażających matematyczną i geometryczną budowę świata.
Mogła to być kompozycja centralna, regularna, oparta na obrocie powtarzalnych elementów.
Stosowano ją wówczas, gdy należało wprost wyrazić przekonanie o porządku świata: tak powstawały witrażowe rozety katedr rywalizujące o to, która piękniej wyrazi tę ideę... oświetlając przy okazji nawę główną swoim kolorowym blaskiem.
Ale w ten sam sposób projektowano przekroje filarów dźwigających całe sklepienie. Czy po to aby uzyskać sztywną i lżejszą konstrukcję? Ale wtedy nie istniała inzynieria wytrzymałości! Aby uzyskać piękniejszą i ozdobną formę całego filara? Ale czemu to właśnie uznano za formę właściwą dla tego celu? A może dlatego, że element wspierający sklepienie winien ucieleśniać sobą ideę geometrycznej regularności, która wspiera Boże Dzieło: Świat, dar Boga dla człowieka.
Kompozycja geometryczna jest właściwie wszechobecna w tej epoce. Symetria to jeden z stosowanych porządków. Mogły to być też układy mniej oczywiste: grupy postaci czy rozmaite monstra. A wreszcie: mogły to być układy ukryte dla laika, lecz odbierane intuicją, albo doskonale czytelne dla mędrców biegłych w siedmiu sztukach wyzwolonych. Na przykład zaprezentowana obok twarz zaplanowana w oparciu o szereg jednakowych kwadratów. Jeśli przyjrzymy się jej - łatwo zauważymy, że w sztuce gotyku ten styl wykreślania twarzy stanowił regułę. Villard de Honnecourt dla pamięci wykreślił tę regułę... bo jego szkicownik to przede wszystkim dziennik rozwoju osobistego artysty: zbiór wzorów, reguł, notatek otwierających nowe horyzonty wyobraźni po to, aby nie stracić później tych doświadczeń i na ich podstawie stworzyć konkretne dzieło.


Szkicownik de Honncourta można traktować też jako zapis rozwoju osobistego artysty - zawiera próby przepracowania nie tylko proporcji konstrukcji ludzkiego ciała ale również przymiarki do konstruowania budowli, notatki techniczne, szkice rusztowań i... obciążeń, takich jakie mógł zobaczyć uczony nie będący inżynierem.

De Honnecourt notował w zasadzie wszystko - nie bez powodu. Takie po prostu były realia jego świata. Miał małe szanse, by powrócić w to samo miejsce i uzupełnić braki w zapiskach, nie mógł zaś przewidzieć, czy nie zostanie konsultantem przy jakimś nietypowym dziele. Mamy dzisiaj problem z ustaleniem, kim właściwie był: architektem? rzeźbiarzem? malarzem?
Najbardziej prawdopodobna teza głosi, że był... złotnikiem.
Co ma złotnik do rzeźby - można zrozumieć, choć z trudem. Ale do konstrukcji ciesielskich w architekturze?
Otóż ma sporo. Przy wielkich budowlach takich, jak katedry gotyckie, pojawiały się czasem nieoczekiwane problemy. Wówczas proszono o konsultacje każdego, kto mógł służyć wiedzą o istniejących rozwiązaniach. Bywało, że złotnik zastępował architekta, gdy okoliczności zmuszały a innych architektów w okolicy brakło.
W średniowieczu rzetelna wiedza była klejnotem rzadszym niż perły.
Podobnie zresztą jak dzisiaj, chociaż dzisiaj o nią łatwiej...
W każdym razie siedem sztuk wyzwolonych było niezaprzeczalnym fundamentem każdej wiedzy, a geometria - podstawą techniki.
Jeśli komuś wydaje się, że mistrz Villard był jakimś wyjątkowym miłośnikiem szukania form geometrycznych w świecie - niech popatrzy chociażby na kapitele kolumn:











W świecie geometrycznej, prostej kompozycji nawet Judasz wisi centralnie - a, że swym czynem zaburzył porządek, podkreślono moralną ocenę asymetrią jego postaci. Towarzyszące mu diabły natomiast strzegą go jak najbardziej regularnie, niczym lustrzane odbicia. Ostatecznie one wypełniają Boży plan.


Wydawac się może, że takie geometryczne myslenie ograniczało sie do mnichów i kosciołów. Nic podobnego! Geometria była stałym elementem wykształcenia, a zatem patrzono na nią jak na jego znak. Zresztą z korzyściami dla dyscypliny myślenia - geometria naocznie wykładała istnienie logiki w otaczającej nas rzeczywistości.
W Boskiej Komedii Dantego świat jest podzielony na kręgi.

Mistrz Lichtenauer - porządkując swoją wiedzę szermierczą sprowadził ją do łatwych do zapamiętania postaw i ciosów podstawowych pogrupowanych według liczb. Jego następcy zrobili to samo - nawet po renesansowych odkryciach z zakresu rysunku ilustracje w traktatach szermierczych zachowały geometrię i dynamikę - ze względów praktycznych: rzeczy uporządkowane łatwiej opanować myślą.
Ta geometria myślenia pojawia się w każdym traktacie szermierczym. Dzisiejsi praktycy sztuki rycerskiej wiedzą, że tak idealne wykonanie techniki w walce to rzadkość, jednakże zdają sobie sprawę z tego, że właśnie te rysunki najlepiej pokazują dynamiczny układ sił w starciu.

Ilustracja z traktatu Mistrza Fiore Dei Liberi to interesujący przykład  geometryzacji sztuk walki:  położone na sylwetce ludzkiej miecze wyznaczają kierunki ataku bronią - ale też dokładnie tak samo wygląda schemat podstawowej pracy nóg... do tego alegoryczne zwierzęta: Lew, Leopard, Ryś, Słoń pokazują dokładnie cechy, jakie należy sobie wykształcić - odwagę i wspaniałomyślność, agresję i umiejętność użycia podstępu, strategię,  postawę (moralną jak i tę zwykłą - pewność i stabilność na nogach). Gdyby ktoś nie zrozumiał to wszystkie te zwierzęta trzymają stosowne symboliczne akcesoria: strzałę - znak szybkiego ataku z daleka, zamkową wieżę jako symbol obrony i odporności, no i...  cyrkiel. Narzędzie każdego geometry jest czytelnym i oczywistym symbolem planowania.
Zresztą Fiore wprost próbował ująć swą sztukę walki w reguły oparte na figurach geometrycznych. Jego wykład może budzić uśmiech, ale zrzedła mi mina, gdy znajomy policjant rozpoznał w traktacie z końca XIV wieku współcześnie używane techniki obezwładniania...

Jak widać geometryczność samego myślenia była w tej epoce rzeczą oczywistą, nawet w sztukach tak praktycznych jak zapasy.
Możemy sobie powiedzieć: mroki średniowiecza.
Nie do końca.
Był to raczej dorobek intelektualny średniowiecza, który przeszedł na późniejsze epoki.
Każdy początkujący malarz przyswaja sobie te nauki w niezmienionej postaci jako podstawy kompozycji i rytmu - mało kto zdaje sobie sprawę, jak stara jest ta wiedza.
Oczywiście - została ona potem rozwinięta, co samo w sobie dowodzi wartości tego sposobu myślenia.
Poszukiwanie geometrii w ludzkim ciele było de facto poszukiwaniem Ideału i Zasady.
Znalazł je Leonardo da Vinci.
Jego Człowiek Witruwiański to być może najważniejsza praca na temat geometrii ludzkiego ciała, jaką kiedykolwiek stworzono...


Geometryczna harmonia wszechświata dała się zmierzyć, określić i pojąć. A według autorytetów jej zrozumienie otwierało rozumowi drogę do poROZUMienia z Bogiem, który przecież był Najdoskonalszym Planistą.
Każdy średniowieczny logik wyciągał stąd wniosek, że geometria jest sztuką boską...
A jak służyła sprawom Boskim - o tym w następnej części...

piątek, 11 maja 2012

Recenzje i pomysły

Na blogu Dune-Fairytales pojawiła się  recenzja "Królewskich Psów". Miło jest przeczytać, że kogoś bawią te same kulturowe  zjawiska co mnie - jednocześnie przyszło mi do głowy, że mógłbym  napisać tu coś o niektórych zwyczajach pojawiających się w moich historiach. Tabu imion, rozmaite ceremonie związane z bronią, mity i legendy dotyczące świata rycerzy... Póki co - muszę na czysto przygotować historię świętej geometrii i wykształcenia w średniowieczu, na co ciągle brakuje mi czasu.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Cyrklem w głowie wykształconej... część 2

W poprzedniej części przyjrzeliśmy się mapom średniowiecznej wyobraźni i podjęliśmy próbę zrozumienia ich specyfiki.
Czas odpowiedzieć sobie na poważne pytanie: Kto to wymyślił i jak? Co kierowało umysłem średniowiecznego intelektualisty?
Zapewne w każdym wypadku coś innego ale wspólne dla wszystkich twórców map było wykształcenie oparte o siedem sztuk wyzwolonych. Takich, jak poniżej:




Obrazek powyższy pochodzi z dzieła Hortus Deliciarum mistrza Herrada von Landsberg czyli Ogród Doskonałości. Powstało ono około roku 1180 i wśród innych delicji wzniosłego umysłu pokazuje nam wdzięki sztuk wyzwolonych... pod postacią siedmiu bardzo ponętnych i pięknie ubranych sztuk... damskich, z wszelkimi atrybutami przynależnymi pięknym paniom: uroda, wdzięk, strój... i piersi nieduże, okrągłe, sterczące poprzez modnie dopasowane suknie.
Średniowieczni uczeni lubili bardzo dosłownie pokazywać pojęcia abstrakcyjne. Jeśli o tym pamiętamy, czytanie dawnych ilustracji staje się ciekawsze.

Septem artes liberales tłumaczymy jako siedem sztuk wyzwolonych ale chodziło raczej o sztuki ludzi wolnych. A co to z kolei oznacza? Wolnych w sensie wolności osobistej, czy wolnych od czegoś? Dobre pytanie! Na szczęście wiemy, że od czasów antycznych chodziło tu o wolność od fizycznej pracy - ta bowiem pozostawała czynnością ludzi zależnych i w jakiś sposób zniewolonych. Warto jednak pamiętać, że dla ludzi w dawnych, sztywno uporządkowanych społeczeństwach "wolność" oznaczała coś innego niż dla nas. Taka, jaką wyobrażamy sobie dzisiaj - wówczas była niemożliwa... a raczej: nie uważano jej za wolność... To zaś, co uznawano za wolność - było w istocie uwolnieniem tylko i wyłącznie od samowoli suwerena. Hasło: "miejskie powietrze czyni wolnym" znaczyło właśnie tyle: człowiek przestawał być sługą pana, stawał się obywatelem miasta, mającym prawo do... opieki prawnej. Rządziło nim jasne Prawo a nie widzimisię dziedzica.
Obowiązków miał tyle samo albo więcej, lecz były jasno określone prawem obowiązującym wszystkich równych sobie.
Co ciekawe - to skrępowanie obowiązkami bywało traktowane jako wyznacznik wartości człowieka. Najwięcej wart był rycerz, którego obowiązkiem było poświęcić życie na rozkaz. Poniekąd był on ideałem człowieczeństwa zwykłego. Człowieczeństwo władców miało wymiar nieco nadludzki i święty.
Wolny od obowiązków pozostawał tylko człowiek luźny - nikomu nie potrzebny, każdemu obojętny, stojący poza społeczeństwem i prawem... postrzegany czasem jak odmiana zwierzęcia.
Pojęcie wolności nie było wtedy ani tak oczywiste ani tak pożądane, jak byśmy sobie dzisiaj myśleli. Do tej kwestii jeszcze wrócimy później, warto jednak pamiętać o tak odmiennym pojmowaniu wolności, gdy zastanawiamy się nad sztukami wyzwolonymi i życiem umysłowym średniowiecza.


Siedem sztuk wyzwolonych dzieliło się na dwie sekcje:
Trzy sztuki podstawowe czyli trivium - trivium gramatyka, dialektyka, czyli logika, oraz retoryka. Uważano słusznie, że bez nich czlowiek nie może się niczego nauczyć.
Cztery sztuki przygotowujące człowieka do studiowania filozofii i teologii czyli Quadrivium - arytmetykę, astronomię i muzykę.
Nie wyobrażajmy sobie, że po ukończeniu tej nauki ktoś posiadł praktyczną umiejętność grania, czy biegłość w obliczeniach. Takie praktyczne zajęcia niegodne filozofa opanowywano w domu, zresztą służyły ludziom niższego stanu: grajkom i kupcom.
Sztuki wyzwolone nazywano tak, gdyż uprawiali je ludzie wolni od pospolitej brudnej pracy. Teoria była ich powołaniem... i w myśl tego wzniosłego założenia rozważali te dziedziny jako nauki o liczbach, proporcji i harmonii.
Powstaje tu naturalne pytanie: po co komuś muzyka, jesli nie zamierza grać? lub nauka o liczbach, skoro nie zamierza liczyć? Astronomia dla duchownego wydaje się oczywista, bo przecież na niej opiera się kalendarz czyli naturalny rytm świąt. W świecie bez radia czy gazet każdy duchowny musiał być samowystarczalny pod tym względem - ale pozostałe trzy sztuki?
To jedna z większych różnic między ludźmi okresu średniowiecza a nami - warto jej się przyjrzeć.
Otóż Pismo Święte a dokładniej Księga Mądrości mówi wyraźnie: "Bóg wszystko urządził według miary i liczby, i wagi" (Mdr 11:20).
Człowiek w dawnych epokach rzadko miał do czynienia z książkami, więc czytał bardzo dokładnie i wiele razy, a jednoczesnie brał lektury znacznie bardziej dosłownie niż my dzisiaj. Jeśli sam Bóg stosował matematykę, to pobożny mąż powinien iść tą drogą do doskonałości.
Jednocześnie warunki życia codziennego były szalenie prymitywne, samo życie krótkie i narażone na wiele niebezpieczeństw. Banalne skaleczenie czy przeziębienie mogło się skończyć śmiercią. Tak zmarł biskup Henryk Kietlicz - który po prostu chciał w czasie procesji obejść boso kościoły w swoim mieście... Kroniki Długosza donoszą o cyklicznych klęskach straszliwego głodu co kilka lat, wojny na rozmaitą skalę trwały w zasadzie bez przerwy. Codzienność była pełna strachu, brudu i brutalności, do tego chwilowa, dlatego każde oderwanie od niej odbierano jako rzecz zbliżającą człowieka do Boga.
Teoretyzowanie odbierano jako działanie duchowe, pobożne i wzniosłe, praktyka należała do ludzi pośledniejszego stanu.
Przez połowę średniowiecza trwał spór o wyższość spekulacji nad doświadczeniem, angażowały się w niego najwyższe autorytety wiary - właśnie dlatego, że sprawa bezpośrednio dotykała systemu wartości.
Czy abstrakcyjne wartości to coś, co wpływa na praktykę?
Cóż, zastanówmy się nad przykładem: William Ockham głosił, że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę - dla nas jest to sensowne podejście do problemów poznania, dla jego współczesnych - herezja podważająca samą definicję rzeczy boskich, bo Ockham powiedział też, że władza i porządek społeczny pochodzi bezpośrednio od Boga... co doprowadziło go do wniosku, że świecka władza papieży i biskupów nie jest konieczna. Spalenie Ockhama na stosie pozbawiłoby cesarza jedynego fachowca zdolnego do prowadzenia teoretycznego sporu z papieżem o władzę - toteż uczony chronił się najlepiej, jak mógł.
Teoretycy tego okresu bardzo łatwo dochodzili do wniosków, które co i rusz wywracały praktykę do góry nogami...
Pamiętajmy o tym, kiedy wyobrażamy sobie umysł średniowiecznego uczonego.
Grajek grał, znawca analizował teorię muzyki i jej miejsce w świecie.
Człowiek z gminu patrząc na studnię widział źródło wody. Mąż uczony i szlachetny widział przede wszystkim metafory pouczające o doskonałości dzieł Bożych. A miarą jego doskonałości i wykształcenia była ilość symboli, jakie zdoła ujrzeć.
Oto Fontana Maggiore w Perugii. Źródło wody, któremu znaczenia dodają wyobrażone sceny mitologiczne, kalendarz oraz przedstawienia sztuk wyzwolonych.


A że źródło to początek wszechrzeczy - wróćmy dzięki tej fontannie do sztuk wyzwolonych tak dosłownie pokazanych na jej płaskorzeźbach.


Muzyka bez grania to przede wszystkim nauka o harmonii trwającej w czasie, wyrażonej poprzez liczby i proporcje. Arytmetyka bez kupieckich obliczeń staje się nauką naprawde boską, bo całkowicie abstrakcyjną a zarazem, podstawową... Astronomia praktyczna służy orientowaniu się w dniach świętych, ale również analizowaniu budowy świata.

Najciekawszą z 4 sztuk jest niewątpliwie geometria.
Co takiego ciekawego jest w nauce o kształtach?
Otóż pozwala ona wykazać namacalnie wyższość teorii nad praktyką. Zwykły człowiek mający cyrkiel i linijkę bez podziałki może sobie pokreślić kółka i kreski. Mąż biegły w sztuce geometrii będzie tymi samymi narzędziami dokonywał precyzyjnych podziałów wielkości, wyznaczał skomplikowane plany budowli, kierował pracą kamieniarzy, którzy dzięki jego kierownictwu ułożą z kamieni piękną strukturę, chociaż sami umieliby tylko ustawić prosty mur.
Wyższość geometrii nad innymi polegała także na tak cenionej wówczas namacalności: przy pomocy prostych narzędzi osiąga się niezwykle złożone efekty. Cyrkiel, linijka bez podziałki, pion murarski - proste i zwykłe narzędzia, które każdy prostak mógł zrobić i wziąć do reki. Umysł uczonego używał ich do przetworzenia idei w kamienną konstrukcję.
Ale o tym, jak to robi - w następnej części...

czwartek, 5 kwietnia 2012

Cyrklem w głowie wykształconej... część 1

Przed Pyrkonem zapowiadałem, że umieszczę mój referat tutaj w odcinkach.
Niniejszym zaczynam.

W ciągu minionego roku wiele osób pytało mnie o różne rzeczy związane ze średniowieczem. Całkiem często pytano mnie o mapę.
Jedni pytali, czy narysowałem mapę świata Królewskich Psów, inni żądali kategorycznie, żebym ją narysował...
Dało mi to do myślenia na tyle, że nieco ugryzłem temat mapy średniowiecznej i średniowiecznego planowania, bo w średniowiecznej opowieści fantasy mapa powinna trzymać styl epoki.

Pozostaje pytanie: co to znaczy? Jaka jest średniowieczna mapa, jak ją robiono? To nie jest łatwe pytanie, bo w średniowieczu wcale nie rysowano map często - nie miały praktycznego zastosowania.


Podróżnicy poruszali się z przewodnikiem lub pytając o drogę...
Granice państw wyznaczano według łatwych do rozpoznania linii rzek oraz krain utrwalonych zwyczajem, zresztą dla celów politycznych dokładny opis tekstowy był bardziej użyteczny, niż mapa świata pozbawiona podziałki - władcy od czasów starożytnego Rzymu nie prowadzili systematycznych badań pomiarowych a bez tego nie ma mowy o podziałce mapy czy sensownej siatce odniesienia.
Żeglarze mieli w głowach plan wód i niechętnie zapuszczali się dalej... Tak naprawdę mapa, jaką znamy dzisiaj - wówczas prawie nikomu nie była potrzebna.

Prawdziwie wzniosły średniowieczny umysł kreślił mapę, żeby uporządkować świat doczesny wedle potrzeb duchowych. Rysowano je głównie po to, aby pouczyć ludzi a nie po to, by rozwiązywać ich przyziemne problemy... Jeśli zapytamy, gdzie jesteśmy - średniowieczny prostak powie nam, że o milę od Krakowa, zaś mąż uczony dokładnie określi nasze miejsce w Bożym planie bez specjalnej troski o doczesną wartość tego planu. Wedle jego wskazań uratujemy duszę... za cenę bezsensownego marszu po polu w niewłaściwą stronę.
I wbrew pozorom była to postawa bardzo potrzebna w świecie, w którym biskupi wkładali zbroje i wymachiwali maczugami.

Zobaczmy kilka map z tego okresu, abyśmy i my mogli skorzystać z nauki:


Mapa z Psałterza z 1265

Oto piękna mapa pokazująca cały świat. Dokładnie cały: warto zwrócić uwagę, że zmieścił się na Chrystus w pozie majestatycznej czuwający nad światem w towarzystwie aniołów oraz para niewielkich, ale okropnych smoków jako jego przeciwieństwo. Ponadto zawiera podstawowe informacje astronomiczne oraz morza, zatoki, góry, słynne rzeki znane z Biblii i z opisów Europy. Boska część mapy zajmuje około czwartej części całego przedstawienia... Warto zauważyć, że autor mapy jasno wyraził przekonanie że ziemia jest okrągła... tyle, że płaska. A w centrum ziemi jest święte miasto Jerozolima... To nie jest przejaw chętki na rysowanie mapy od cyrkla ani zwykłego wytłumaczenia sobie, że skoro widzimy horyzont wokół siebie, to cały świat powtarza kształt horyzontu. Świat pokazany tutaj pod osłoną błogosławiącego gestu Chrystusa jest dziełem Bożym. Jako taki musi być doskonały - a każdy uczony mąż w średniowieczu wiedział, że najdoskonalszą i najbardziej boską figurą geometryczną jest okrąg - który nie ma początku ani końca, chociaż jest zamkniętą i skończoną całością. Ponadto jego każdy element pozostaje jednakowo oddalony od centrum...


Warto popatrzeć na metaforyczne źródła rzek i rozmieszczone na horyzoncie symbole. Przytulona do krawędzi świata jest terra incognita, którą mnisi z "Imienia Róży" zapewne określiliby jako finis Africae. Żyją tam dziwaczni ludzie, o których wspominają dawni autorzy... lecz których nie sposób odnaleźć. Jeśli ktoś się z tego śmieje - niech pamięta, że Kolumb musiał odpowiadać na pytania także i o nich - mieszkańców dziwnych krain: psiogłowców, olbrzymów i takich tam...




Tractatus de Sphaera Mundi mistrza Johannesa de Sacrobosco z roku 1300 opiera się o inną, za to bardzo tajemniczą koncepcję kartograficzną - Ziemia tu również jest okrągła, ale koło świata podzielono na płaskie strefy, z których tylko jedną zajmują lądy i morza. Ciekawa jest orientacja: można rozpoznać Morze Śródziemne i słoneczną Italię, ale widać z mapy, że północ wypada tam, gdzie dzisiaj rysujemy południe. Najwyraźniej jej autor przyjął, że góra mapy winna odpowiadać wysokiej pozycji słońca... Warto zauważyć też, że nie zmieścił się na mapie Półwysep Skandynawski a tereny Niemiec czy Polski są trudne do określenia. Terra incognita nie jedno ma imię. Za to zdumiewająco wiele miejsca zajmują dwa morza znane starożytnym: Morze Czarne i Kaspijskie.




Mapa mistrza o nazwisku Opicinus de Canistris z roku 1335 pokazuje wyraźnie Europę i jej czułe, intymne zbliżenie do krainy lwów i innych Maurów.



Mapa angielskiego benedyktyna Ranulfa Higdena z okolic roku 1350 jest częścią wielkiego dzieła Polichronicon - księgi opisującej świat i wyrażającej ciekawe poglądy na związki rzeczywistości z teologią...
Widać, że autorowi tej mapy przyświecał jasny cel: zmieścić wszystko, o czym słyszał i utrzymać Jerozolimę w centrum. Ostatecznie Jerozolima to początek Świętej Historii - a zatem winna stać w punkcie, od którego zaczyna się kreślenie okręgu: święte miasto umieszczono tam, gdzie staje cyrkiel.
Początek kreślenia mapy odpowiada początkowi świętej historii.



Mapa Pietro Vesconte z roku 1328 pokazuje świat równie piękny... Autor pokusił się o astronomiczną siatkę odniesienia opartą o znaki zodiaku. Rzeki wypływają z tajemniczych gór, Jerozolima oczywiście jest w centrum świata a granice znanych terenów wyznaczono pasmami górskimi. Morze Śródziemne ma dość dopracowany kształt i zawiera mniej więcej dokładne punkty odniesienia - zapewne dlatego, że Pietro Vesconte opierał się na informacjach żeglarzy. Krym i Morze Czarne również opracował starannie... za to Afryka i Europa północna to znowu  terra incognita - ziemie nieznane i bez szczegółów. Na tej mapie widać rzecz bardzo ciekawą: to mapa wyobraźni wykształconego Włocha z początków XIV wieku...
Wśród zebranych tu jest to jeden z lepszych przykładów teologiczno-fantastycznej metody kreślenia map.
W miarę dokładne opisy krain interesujących oparto na informacjach praktycznych i uzupełniono Biblią...

Gdybyśmy spróbowali narysować mapę krain znanych z powieści fantasy według tej recepty - okazało by się, że jest ona inna dla każdego bohatera... Mapa Gandalfa byłaby inna niż mapa Froda a one obydwie różniłyby się od mapy Aragorna. Przenosząc ten styl uprawiania kartografii na świat wymyślony przeze mnie musiałbym rysować inną mapę dla czarodziejki Alicji, inną dla Raffika-an Saiid, jeszcze inną dla Rhouda-an Paul a przy rysowaniu map dla poszczególnych książąt musiałbym sam ze sobą stoczyć wojnę o poprawność polityczną.
Jak z tego widać rysowanie mapy samo w sobie może być przygodą... Ale wróćmy do map nieskażonych wiedzą geograficzną.
Pokazane mapy były obrazem świata ale takim, jakiego chciał autor mapy - inaczej mówiąc zapisem jego własnej wyobraźni.
A czym w takim razie była ta wyobraźnia? Co ją kształtowało? Co właściwie o niej wiemy?
O tym w następnej części...

środa, 4 kwietnia 2012

Secretum i recenzja

Na Secretum pojawiła się recenzja... To pierwszy znany mi wypadek, że historię Dobromiły z Ujścia ktoś uznał za najlepszą z tych opowieści. To także chyba pierwszy albo drugi wypadek, że ktoś docenił różnorodność tych historii... No i mam zgryz - szaleć z formalną stroną opowieści czy dać sobie spokój? Wpakowac Rhouda-an w historię kryminalną czy posłać na polowania na smoka? A może pokusić się o eksperyment szaleńczy i napisać o tym, jak Kellet van Tretnau zaczął żyć w celibacie? 
Ale to by już był nadmiar fantastyki...

wtorek, 3 kwietnia 2012

Papierowy azyl dla języka - recenzja

Recenzja na portalu Papierowy Azyl pokazała mi, jak dziwnymi ścieżkami krąży ludzka wyobraźnia, nawet, jeśli ma szlak jasno wyznaczony przez w miarę konkretną opowieść.
Jak to zwykle bywa - po dobrej (niekoniecznie pochlebnej) recenzji autor ma o czym pomyśleć.
No i myślę... Zadziwia mnie rozmaitość reakcji na tak banalną sprawę, jak język, którym mówią moi bohaterowie.
Jest zwyczajny nie bez powodu - otóż dla nas nasz język też jest zwyczajny...  chociaż dla naszych przodków byłby niezrozumiały.
Nie miałbym specjalnych problemów z napisaniem przynajmniej dialogów polszczyzną z czasów Jana Kochanowskiego czy Mikołaja Reja. Pytanie za 10 groszy: kto by się chciał przebijać przez taką fantasy?

Królowa do mszej chciała ale kapelana doma nie naleziono, bo pilnował dzbana.
A niechaj ci, co czedli, wżdy w pamięci zakarbują, iż magister rerum humanorum rzecz swą wieloma słowy snadnie wyłoży.

I aż się prosi, żeby każdą taką próbę podsumować słowami mistrza Waligórskiego
Łowiec w krzach czeczota iszcze,
Kneź w dworzyszczu wziął zydliszcze,
Siadł, zagędźbił na podkurek,
Zaraz kur wór wniósł chór dwórek.
Rozdźwierzyły się podwoje,
Pojedynczo, lub po dwoje
Wchodzą przaśni, kraśni woje
Ni gieroje, ni playboje,
Gwarząc swoje ćmoje-boje.
Grzmią pokrzyki "Sława, sława!"
I knehini Pipkosława
U przedproża-zaporoża
Kiej problem na ostrzu noża
Lub kiej na gondoli doża
Ta detyna boża stawa
Wywołując grzmiące brawa.
Iście to magnacka feta,
W sosie własnym wajdelota,
I filety z filareta
I kompoty z Wizygota
Tur w bratrurze,
Żubrze udźce,
Wszyscy nuże
Chap za sztućce,
Ale kneź przed tą zabawą
Chciał wystąpić z mową-trawą -
Już się podniósł,
Wsparł o blat się,
Kiwnął w przód się
Oraz w zad się,
I rzekł w średniowiecznej mowie:
- Mociumichmośćwaćpanowie!
Jako wieda ano spokąd,
Dadźbóg raciąż do nipokąd,
Brzęczyszczeje dyćka dziewierz,
Grzymidojda sierdząc nie wiesz!
Ady ino kićki dziopa
Cimcirymci Hryćka kopa?
Ady ino ćwiąka łajba,
Ano bździąg odbita szajba
Ano gwoździec! Uździec ano!
Tu owacją mu przerwano,
Na ramiona go porwano,
Udzielono mu poparcia
I zabrano się do żarcia.
Choć po prawdzie z całej mowy
Nikt nie pojął ni połowy,
Gdyż kneź mówił o tych rzeczach
Raczej w stylu średniowiecza,
Zasię młodsze pokolenie
Znało tylko odrodzenie,
Więc nie doszła ich kneziowa
Mądrość niedościgła...
- To skąd te brawa wpół słowa?
- Bo kolacja stygła!

Gdybym pokusił się o eksperyment z archaizacją języka - w oczach czytelników efekt byłby mniej więcej taki, nawet, jeśli stworzyłbym język w miarę pasujący do naszej wiedzy o dawnej polszczyźnie.
Nie żartuję tu sobie z kogoś, kto chciałby odrobiny językowej egzotyki - ale próbuję usprawiedliwić się z tego, że... nie podjąłem rękawicy.
Kiedy byłem młodym zapalonym czytelnikiem, lubiłem sobie poczytać prozę poetycką, trudną, nierzadko bardzo melodyjną. Po latach wracam do tych książek i zastanawiam się, co ja w tym widziałem? Egzotykę? Wymyślność? Barokową przesadę? Pewnie wszystko po trochu.
Ale przede wszystkim nie chciałbym, żeby ktoś po latach wrócił do mojej książki i zadawał sobie te same pytania.
Mimo wszystko o skomplikowanych sprawach należy mówić jak najprościej.
I te historie wydane w pierwszym zbiorku "Królewskich Psów" i te, które dopiero się ukażą, kręcą się dookoła takich dziwnych trudno-prostych spraw... jak decyzja Rhouda-an Paul, żeby jednak zachowac się przyzwoicie. 
Wspomniana na początku recenzja jest recenzją kogoś, kogo "Psy" nie zachwyciły. Ma do tego święte prawo... a mnie ciekawi, czy faktycznie nigdy do tej książki nie wróci, tak jak deklaruje. Może kiedyś się przekonam.

Zauważyłem, że ludzie, którzy lubią okładkę "Królewskich Psów" - zazwyczaj nie mogą przekonać się do zawartości... i na odwrót.
Naturalnie, jak każdy autor, lubię czytać pochlebstwa. Kto nie lubi - niech rzuci kamieniem. A jak rzuci, to na pewno pójdzie do domu i w skrytości posłucha sobie pochlebstw, które kiedyś nagrał, żeby nie minęły... 
W każdym razie lubię, kiedy "Psy" komuś się spodobają, ale jeśli się nie podobają, to też ma to dla mnie sporą wartość... o ile nie trafię na człowieka, co bez czytania wie lepiej.
Czytanie takich rozmaitych recenzji przekonało mnie ostatecznie, że czytanie jest specyficzną formą twórczości - ulotną, bo nie pozostaje po nim żaden ślad. Ale trwałą, bo po każdej przeczytanej książce człowiek w niewielkim stopniu się zmienia. Inaczej mówiąc: Pani Morrigan nikogo nie puszcza bezkarnie.